Jest to strona z zapiskami 'dzień po dniu' z mojego Camino. Pierwotnie zapiski te znalazły się w małym notesie, który zabrałem ze sobą w tą podróż. Znajdzie się tu wszystko to, co spotkało mnie w Drodze, okraszone zdjęciami, jakie udało mi się podczas tej podróży zrobić. Ta strona jest takim moim elektronicznym pamiętnikiem, bo pamieć jest ulotna, a miło jest wracać do tych miejsc i zdarzeń, które się przytrafiły... Najważniejsze pozostaje w Sercu... Strona będzie sukcesywnie aktualizowana.
Dzień 1 (Piątek 04.06.2010):
Z wrażenia, że to już dziś ruszam na swoje Camino, nie mogę usnąć... Budzę się kilka razy w nocy, żeby ostatecznie pojawić się na dworcu PKS we Wrocławiu na godzinę przed odjazdem autobusu linii Intercars na trasie Wrocław - Saint Jean de Luz. Jest więc godzina 6:40 rano. Odjazd planowany jest na 7:40. Po kilkunastu minutach na dworcu pojawia się Sławek. Jest ostatnią osobą, którą widzę przed ponad miesięcznym wyjazdem z Polski. Cieszę się, że znalazł czas... Nigdy wcześniej nie wyjeżdżałem gdziekolwiek na tak długo, w dodatku sam.
Tuż przed planowanym odjazdem na dworzec podjeżdża kilkuosobowy bus linii Intercars. Razem ze mną wsiada do niego pięć osób. Kolejna osoba dosiada się w Opolu. Bus jedzie bowiem do Krakowa, gdzie czeka mnie przesiadka na autobus do Saint Jean de Luz. Po południu autokar z pasażerami z różnych rejonów Polski zapełnia się dość szczelnie i opuszcza Kraków, a po kilku godzinach Polskę. Cieszyłem się, że obok mnie na fotelu pasażera nikt nie usiadł, bo miałem nadzieję, że będę mieć więcej miejsca na nocleg, a tym samym wygodniej będzie mi się w autobusie spało. To były złudne nadzieje... W Bratysławie dosiadł się na miejsce obok mnie jakiś Słowak i mogłem zapomnieć o przestrzeni... O wygodzie tym bardziej. Nigdy nie lubiłem w podróżowaniu dojazdów, ale bez tego nie da się przemieszczać. Kilkunastogodzinne podróże autobusem przez pół Europy dają się we znaki. Organizm jest przyzwyczajony do wygodnego łóżka, a nie do spania w autobusowym fotelu. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą małą poduszkę. Taki mini element podróżniczego życia daje choć odrobinę wygody. Zdrowy sen to przecież podstawa do sprawnego funkcjonowania. W autobusie puszczono filmy na video. Nie lubię oglądać filmów w podróży, bo często puszczane są one dość głośno, rozpraszają uwagę i nie pozwalają się skoncentrować na swoich własnych myślach. Zasnąłem zmęczony podróżą tuż po godzinie 21:00, kiedy autobus przejeżdżał przez Wiedeń. Zasnąłem - to za dużo powiedziane. Drzemałem z przerwami do około 7:00 rano dnia następnego, kiedy to autobus zatrzymał się w Wenecji.
Dzień 2 (Sobota 05.06.2010):
Zmęczony i głodny zająłem się zaraz po przebudzeniu pałaszowaniem w autobusie własnego prowiantu na śniadanie. Na postoju, tuż za Wenecją, dowiaduję się od kierowcy, że firma Intercars w cenie biletu funduje pasażerom kawę i rogalika na śniadanie. Korzystam z tej opcji, podobnie jak większość współpasażerów.
Autobus, którym podróżuję zatrzymuje się w ciągu dnia mniej więcej co 2,5h, a nocą co około 4,5h, dając wytchnienie zastałym w fotelu pasażera mięśniom i stawom, a co najważniejsze dając możliwość pooddychania świeżym, nieklimatyzowanym powietrzem. Toalety na przystankach, które mieszczą się głównie na stacjach benzynowych lub parkingach z przydrożnymi knajpami, są bezpłatne. Poza tym autobus także wyposażony jest w WC.
Przejazd w tym dniu przez włoskie i francuskie południowe wybrzeże dostarcza pięknych widoków: porośnięte palmami wybrzeże, Morze Śródziemne, dryfujące po nim statki, łódki i żaglówki - zupełnie jak na filmach... Pogoda jest słoneczna i ciepła. Błękit wody Morza Śródziemnego ma bardziej intensywną barwę niż błękit górującego nad nim bezchmurnego nieba. Tłumy plażowiczów okupują plaże. Także te kamieniste jej fragmenty. I na to wszystko patrzę z okien mknącego dalej autobusu...
Ciekawym przeżyciem jest przejazd trasą poprowadzoną kilkudziesięcioma tunelami przez górzyste wybrzeże. Autobus co chwilę wynurza się z jednego tunelu, by przemknąć nad przepaścią wysokim mostem, a zaraz potem wjechać w kolejny tunel poprowadzony przez góry. Widoki z mostów są przepiękne...
Trasa dalej biegnie przez Mediolan, Niceę, Marsylię, Awinion, Tuluzę... W Awinion autokar z Polski kończy swój bieg. Czekam około godziny na autokar hiszpański, który przyjeżdża aż z Rumunii. Wsiadając do niego zauważam, że jadą nim głównie Hiszpanie i Francuzi. Słyszę również rozmowy w języku rosyjskim. Uderza mnie głośność Hiszpanów, a także niechlujność w zachowaniu: zakładanie nóg na przeciwległe siedzenia i picie alkoholu w autobusie. Wiedząc, że dotrę do francuskiego Saint Jean de Luz w środku zbliżającej się nocy, już po południu próbuję zasnąć w autokarze. Jednak w tym hałasie usnąć nie mogę. Drzemki z przerwami na co głośniejsze dialogi Hiszpanów, sprawiają, że czuję wdzięczność, że do końca tej autokarowej mordęgi jest już bliżej niż dalej. Około godziny 2:45 nad ranem słyszę przeraźliwie głośny krzyk kierowcy "Saint Jean de Luz!!!" i wyrwany z kolejnej drzemki, czym prędzej opuszczam autokar, tym razem ciesząc się z tego krzyku. Uff... Mało brakowało, a przegapiłbym ten przystanek. Kierowca widząc mój plecak, szybko upewnia się co do celu mojej podróży: "Camino de Santiago?" - pyta. "Yes" - odpowiadam. I już za moment autobus znika w ciemnościach kierując się w stronę hiszpańskiego Irun. Stamtąd można zacząć wędrówkę Camino del Norte, czyli Drogą Północną. Moim zamierzeniem jednak jest Camino Frances, czyli Droga Francuska. Po dwudniowych autobusowych wojażach nareszcie czuję, że mam stały grunt pod nogami...
Dzień 3 (Niedziela 06.06.2010):
Jest około godziny 3.00 nad ranem. Jestem na parkingu na obrzeżach francuskiego miasteczka Saint Jean de Luz. Żyć nie umierać! :) Zmęczony i niewyspany zauważam, że moje lewe oko zrobiło się czerwone. Do tego co jakiś czas wypływa z niego mazisty śluz. Zastanawiam się czy to alergia na coś, wpływ przemęczenia, czy może zabrudzenie przy zakładaniu soczewek kontaktowych? To ostatnie wykluczam - przecież zawsze myję ręce zakładając i zdejmując soczewki. Mam nadzieję, że jak wreszcie dłużej odpocznę to moje oko odpocznie również i wróci do zdrowia...
Jeszcze w Polsce wydrukowałem z Internetu mapę Saint Jean de Luz. Dzięki niej zbyt długo nie błądzę, przemieszczając się z peryferii miasta, gdzie wysiadłem z autobusu, w kierunku dworca kolejowego, który położony jest w centrum. Zaczyna padać deszcz. Zakładam więc pośpiesznie ponczo przeciwdeszczowe, które również przykrywa i chroni przed deszczem plecak. Opustoszałe nocą uliczki Saint Jean de Luz są dobrze oświetlone. Tylko co jakiś czas dostrzegam, że ktoś przemyka nimi szybko uciekając przed deszczem. Po około 20-30 minutach dostrzegam budynek dworca kolejowego, który okazuje się zamknięty. Na zewnątrz nie jest jednak zimno, więc postanawiam najpierw rozejrzeć się za rozkładem odjazdów pociągów, a potem odpocząć na ławce przed dworcem. Wokół mnie panuje głucha pustka, w której pobrzmiewa tylko melodia spadających rytmicznie na ziemię kropel deszczu. Miasto smacznie śpi. Z tyłu budynku dworca, tuż przy torach, odnajduję rozkład jazdy, z którego wyczytuję że najbliższy pociąg do Bayonne jest o godzinie 5.34. Przez dwie godziny upajam się więc wsłuchiwaniem w nocną deszczową ciszę okolic. Dopiero po 5.00 nad ranem pojawia się pracownica dworca. Otwiera drzwi do poczekalni dla podróżnych i po angielsku oznajmia mi, że najbliższy pociąg do Bayonne odjeżdża dziś o godzinie 7.47. Chwila mojego rozczarowania tym komunikatem zostaje szybko przerwana przez dalszy ciąg zdania tej pani, która wyjaśnia mi, że dziś jest niedziela, a w niedziele nie kursuje pociąg, który w pozostałe dni odjeżdża stąd o 5.34. Trudno - myślę... Zostały mi więc jeszcze kolejne dwie godziny czekania, które spędzam już w budynku otwartej kolejowej poczekalni. Marzy mi się prysznic i długi sen... W zmęczeniu każde miejsce na które siadam szybko wywołuje we mnie efekt opadających powiek. Deszczowe niebo nad Saint Jean de Luz zaczyna błyskać i grzmieć. Deszcz dudni o szyby coraz szybciej, a ja śpię na dworcu na siedząco, tylko co chwila budząc się z tego letargu i sprawdzając która jest godzina...
W dworcowym automacie na bilety kolejowe kupuję bilet na trasie Saint Jean de Luz - Bayonne (4,50€). Korzystam z automatu, bowiem kasy biletowe w niedzielę są nieczynne. Wiedziałem z rozmówek polsko-francuskich, że na francuskich dworcach kolejowych istnieją żółte lub pomarańczowe elektroniczne kasowniki na bilety, i takie też były na dworcu w Saint Jean de Luz. Jednak żaden z nich "nie chciał" skasować mojego biletu. Dziwne... Automaty były przecież sprawne. Po kilku nieudanych próbach skasowania biletu poddaję się. Wiem, że nieskasowany bilet traktowany jest jak brak biletu i jazda z takim biletem grozi mandatem. Trudno - myślę... Najwyżej zapłacę karę... W międzyczasie zrobiło się jasno i po deszczowej nocy wstał równie deszczowy i pochmurny dzień. Na szczęście przestało błyskać i grzmieć.
Pociąg zjawia się na dworcu punktualnie o godzinie 7.47. Ruszam więc z duszą na ramieniu i nieskasowanym biletem w dłoni. Z jadącego pociągu dostrzegam coś pięknego: widok na Ocean Atlantycki... Saint Jean de Luz znajduje się bowiem nad Oceanem, a linia kolejowa do Bayonne biegnie częściowo wzdłuż brzegu. Nawet pochmurne niebo nie ujmuje Oceanowi uroku. W końcu widzę Atlantyk po raz pierwszy w życiu, więc może stąd takie emocje... Bayonne leży tylko kilkanaście minut jazdy pociągiem na północ od Saint Jean de Luz. Tuż przed samym Bayonne mam niespodziankę - w moim przedziale zjawia się kontroler biletów. A jakże... Zwraca mi uwagę na nieskasowany bilet, ale jako, że ja nie bardzo znam język francuski, a on nie rozumie po angielsku, to chyba litościwie wypuszcza mnie z pociągu, nie wlepiając mi mandatu. Uff...
Po godzinie 8.00 jestem już na dworcu kolejowym w Bayonne, gdzie dowiaduję się w kasie biletowej (tu mimo niedzieli jest czynna), że najbliższe połączenie do Saint Jean Pied de Port będzie o godzinie 15.09 i jest to połączenie autobusowe, na które można kupić bilet w kasie kolejowej. Kupuję więc bilet (8,60€) i dowiaduję się, że autobus odjedzie o planowanej godzinie sprzed budynku dworca kolejowego. Do odjazdu mam dużo czasu, więc najpierw zwiedzam deszczowy rynek w Bayonne, a potem korzystam z kafejki internetowej. Wykonuję zaległe opłaty, sprawdzam pocztę oraz pogodę na najbliższe dni. Prognozy mówią, że jutro ma się wypogadzać. Za godzinę korzystania z Internetu płacę 4,50€, do tego dostaję kawę z mlekiem gratis.
W południe wybieram się na eucharystię do Katedry Sainte Maire. Jest piękna. Nie rozumiem tam wielu słów, które padają, ale przecież intuicyjnie rozumiem jej przekaz... Później wracam na dworzec kolejowy i w oczekiwaniu na autobus zaczynam pisać ten pamiętnik. Pisanie na krótko przerywają mi funkcjonariusze francuskiej Policji, prosząc o mój paszport do kontroli. Sprawdzają również dokumenty innych podróżnych. Chyba kogoś poszukują... - myślę. Na szczęście nie mnie :) W międzyczasie przestaje padać, chociaż słońca próżno szukać dziś na niebie... Myślę, że skoro odważyłem się wybrać sam w tak daleką i długą Drogę jaką jest Camino, to nie będę tutaj szukać towarzystwa innych ludzi. Jakoś mam dziwne przeczucie, że kto będzie chciał i komu będzie dane, ten sam mnie odnajdzie... I wice wersa. Cieszę się, że na tą chwilę radzę sobie z samotnością, tylko nie mogę doczekać się już Camino, bo w otoczeniu nie-pielgrzymim jakoś obco się czuję. W mieszkańcach Bayonne nie dostrzegam pierwiastka duchowości, tylko raczej ducha konsumpcji... Patrząc na francuskie kafejki, restauracje, budynki, przypomina mi się muzyka z serialu "Allo Allo" - czyli skojarzenie wzrokowe podsunęło skojarzenie dźwiękowe :) Tymczasem na dworcu kolejowym w Bayonne pojawia się coraz więcej osób z plecakami na grzbietach - pielgrzymów jak sądzę, z czego się cieszę, bo nie jestem tutaj jedynym pielgrzymem... Czyżby czekali na ten sam autobus co ja?... Autobus w końcu rusza o wyznaczonej godzinie, a ja poznaję w nim kilka osób, które również wybierają się pielgrzymować do Santiago szlakiem Camino Frances zaczynając w Saint Jean Pied de Port. Więc już w Bayonne - myślę po cichu - po plecakach można rozpoznać pielgrzymów :)
Około godziny 16.30 przyjeżdżam do Saint Jean Pied de Port. Pielgrzymi widoczni tu są już w znacznej ilości. Miasteczko ma urokliwy klimat. Zauważam też - czego nie lubię - pośpiech wśród niektórych. Większość pobiegła bowiem zajmować wolne miejsca w refugiach, czyli francuskich schroniskach dla pielgrzymów lub udała się do biura pielgrzymów po uzyskanie Credencialu, czyli paszportu pielgrzyma, w którym odnotowuje się, poprzez umieszczanie pieczątek z różnych miejsc na Camino, swoją pielgrzymkę. Uff... Cieszę się, że nie muszę brać udziału w tym wyścigu, bo odebrałby on tą spokojną wewnętrzną radość z bycia tutaj, którą czuję... Do schroniska biec nie muszę, bo noszę ze sobą w plecaku niewielki i lekki namiot. Credencial zaś wydrukowałem sobie jeszcze w Polsce ze strony internetowej polskiego Klubu Camino de Santiago. Idę więc spokojnie dalej na pole campingowe. Jak dobrze być jak najbardziej niezależnym - myślę... To pozwala skoncentrować myśli na zupełnie innych sprawach... Około godziny 17.00 rozbijam namiot na polu campingowym. Hurra! - skaczą z radości moje myśli, a ja skaczę razem z nimi i zmykam do wydzielonego na campingu miejsca z sanitariatami. Wreszcie po trzech dniach podróży przez pół Europy umyłem się pod gorącym prysznicem! Są tu też oczywiście umywalki, miejsca do prania i WC, czyli wszystko to co jest niezbędne do pielgrzymiego życia. Tylko cena campingu może trochę odstraszać: 10,25€. Z czego 10€ za postawienie namiotu, a 0,25€ od osoby. Ale warto! Jak najbardziej...
mój namiot na polu campingowym w Saint Jean Pied de Port
Pole namiotowe w Saint Jean Pied de Port położone jest blisko rzeki i lasu. Słyszę więc zarówno szum rzeki, jak i lasu, do tego ptaszki śpiewają, a deszcz już od kilku godzin nie pada. Campingowiczów zaledwie kilku. Większość wybrała schroniska. Panuje więc tu cisza i spokój - tego pragnąłem, marząc o odpoczynku. Szybko więc kładę się do namiotu spać, bo bardzo brakuje mi snu, a jutro zamierzam przecież rozpocząć swoje właściwe Camino, wkraczając górskim odcinkiem tej Drogi przez Pireneje do Hiszpanii. Podekscytowany, ale i zmęczony zasypiam, dziękując Bogu za szczęśliwe trzydniowe dotarcie tu różnymi środkami lokomocji. Od jutra będę już tylko polegać na własnych nogach. Kto wie, co mnie w Drodze spotka?...
Dzień 4 (Poniedziałek 07.06.2010):
Budzę się około godziny 6.40. Noc spędzona na polu namiotowym w Saint Jean Pied de Port okazała się ciepła. W celach badawczo-metereologicznych wysuwam głowę z namiotu i stwierdzam, że zapowiadanej poprawy pogody jeszcze nie ma. Ranek okazuje się pochmurny, ale nie deszczowy. Ale to mnie wcale nie martwi. W przeciwieństwie do nadal czerwonego - przekrwionego lewego oka. Dobrze, że mnie ono nie boli - myślę sobie - zobaczę jak będzie dalej...
Po porannej toalecie, spakowałem się i złożyłem namiot. Saint Jean Pied de Port to urocze miasteczko, gdzie co rusz spotkać można pielgrzymów pełnych nadziei co do Drogi, którą tu właśnie rozpoczynają. Dla innych Saint Jean Pied de Port jest kolejnym przystankiem na rozpoczętej gdzieś wcześniej Drodze... Zatrzymuję się przy małym barze - jednym z nielicznych w miasteczku, który jest od wczesnych godzin rannych otwarty. Na śniadanie wcinam przygotowany smakowity sandwich, a na Drogę kupuję bułki z nadzieniem czekoladowym. Zaopatruję się również w wodę na Drogę, którą wlewam do mieszczącego się w plecaku bukłaka. Około godziny 8.30 wyruszam...
Dostrzegam dwa bezpańskie psy, które wałęsają się jeszcze po uliczkach Saint Jean Pied de Port. Dostrzegam też coraz więcej pielgrzymów, którzy kierują się w stronę gór. Nie jest ich jednak aż tak wielu. Wydawało mi się, że będzie tu tłoczniej. Camino biegnie najpierw asfaltową szosą i wznosi się coraz wyżej. Strome odcinki dają w kość. Próbuję złapać równy rytm oddechu, co na początku zazwyczaj nie jest łatwe. Im wyżej jestem, tym więcej pielgrzymów dostrzegam - to Ci, którzy wychodzili z Saint Jean wcześniej niż ja. Wzajemne pozdrowienia "Buen Camino", czyli "Dobrej Drogi", przeplatane są oznakami pierwszego wysiłku podejścia. Idę wolno, ale równo, bez postojów. Z doświadczenia wiem, że dla mnie to najlepszy sposób na pokonywanie wysokości.
Zabrałem ze sobą dwie pary butów - miękkie trekkingowe za kostkę oraz sandały. W górskich butach czuję się dobrze - właśnie w nich pokonuję Drogę... Wraz ze wzrostem wysokości robi się pogodniej. Mam wrażenie, że wychodzę z chmur. W pewnym momencie spostrzegam góry ponad chmurami - a więc dane mi jest zobaczyć Pireneje - cieszę się w duchu... Po około dwóch godzinach podchodzenia jestem w refugio (schronisku) Orisson. Tu pierwszy postój i pierwsze źródełko wody pitnej, z którego korzystam. Odpoczywam... Robię kilka zdjęć wyłaniającym się spod chmur Pirenejom i uzyskuję pierwszą pieczątkę do Credencialu, bo będąc w Saint Jean Pied de Port o tym zapomniałem.
Pół godziny później wracam ponownie na szlak i tym razem używam już kijków trekkingowych. Wędruje mi się coraz lepiej. Mijam kilkunastu pielgrzymów.... Patrząc na nich mam wrażenie, że mam największy plecak, i myśli te jeszcze bardziej obciążają moje plecy, jednak po chwili dostrzegam, że są osoby, które niosą na swoich grzbietach jeszcze większe plecaki. Każdy niesie to co uważa za niezbędne - myślę, a tak naprawdę Droga weryfikuje co jest zbędne, a co nie. Pocieszam się, że jestem w mniejszości, czyli należę do tych nielicznych osób, co noszą ze sobą namiot, stąd zabrałem ciut większy plecak - 45+10 litrów. Większość ma mniejsze plecaki, bo nocuje w schroniskach. Ma to swoje plusy i minusy - jak każdy sposób pokonywania Camino. Mój "namiotowy sposób" także. Choć namiot, który ze sobą niosę waży tylko niecałe 2 kg, to na Camino każdy gram się liczy i odczuwa na własnej skórze.
Dalej Droga prowadzi mnie jeszcze wyżej. W międzyczasie zrobiło się słonecznie, ale za to ostro smaga wiatr. Jest ciepło. Idę sam, co powoduje, że jestem bardziej wyczulony na chłonięcie tego wszystkiego co mnie otacza i tego wszystkiego co jest we mnie... Myślę, że wędrówka tutaj z jednoczesnym komentowaniem podziwianych widoków i dzieleniem się tymi komentarzami z innymi nie powoduje braku wyczulenia na to co nas z zewnątrz spotyka, ale sprawia, że na dalszy plan schodzi to co się dzieje z nami w środku... Idąc samemu słyszy się bardziej to, co nam w duszy gra...
Najczęściej na szlaku słyszę język francuski, hiszpański i angielski, ale spotykam się również z językiem z Dalekiego Wschodu. Gdy trzeba, porozumiewam się mieszanką tych trzech pierwszych języków z naciskiem na angielski. W przypadku francuskiego i hiszpańskiego używam rozmówek, które zabrałem ze sobą. Tak naprawdę jednak rozmówki przydają mi się bardziej w kontaktach w różnego rodzaju stacjonarnych miejscach (np. w barach, sklepach, informacjach autobusowych i kolejowych) niż na co dzień na szlaku. Większość pielgrzymów rozumie siebie wzajemnie, w przeciwieństwie do mieszkańców mijanych miejscowości - tam generalnie raczej mało kto zna angielski. Ja jednak częściej wybieram na szlaku język pozawerbalny, jak np. uśmiech i uniwersalne werbalne "Buen Camino". Samotność na Camino jest wzbogacająca...
Po południu, z każdym dalszym krokiem, czuję jak plecak zaczyna uwierać mnie na ramionach i mam wrażenie, że staje się jeszcze cięższy niż rano. W ramach odpoczynku robię sobie co około dwie godziny przerwę. Wystarcza mi 15 minut na taki odpoczynek. Mam ze sobą mapę Camino Frances, z której wyczytuję, że odcinek "pirenejski" z Saint Jean Pied de Port do Roncesvalles/Orreaga wynosi niecałe 25km, co pozwala mi w ten sposób rozłożyć siły, aby przejść ten odcinek tak, by nie nocować w górach... Za Źródłem Rolanda przekraczam granicę i żegnając Francję, witam Hiszpanię, a dokładnie jestem w hiszpańskiej prowincji Navarra. Zaraz po przekroczeniu granicy zatrzymuję się i nagle przeszywa mnie ostry promieniujący ból...
Ból skrywanego pod ciemnymi okularami lewego oka, o którym zdążyłem już zapomnieć. Oko przypomniało mi o sobie mocnym bólem, a ja zdezorientowany nie wiem co się dzieje... Boli tak mocno, że mimowolnie płyną mi łzy. Spodziewałem się prędzej bólu nóg, ewentualnie kolan, ale nie oka! Jestem zdruzgotany... Cholera, jak ja mam dalej przejść całą północną Hiszpanię?! - myślę... W jednej chwili nie cieszy mnie już Droga, ani piękne góry. Ruszam jednak dalej. Nie mogę przecież tu zostać. Przez około pół godziny idę przez góry ze łzami w oczach i myślę o tym, że gdyby nie okulary przeciwsłoneczne, to wyprzedzający mnie pielgrzymi zobaczyliby płaczącego pielgrzyma... Tak mój organizm reaguje na ból i tak się przed nim broni... W pobliżu nie ma żadnej miejscowości - myślę więc, że jeśli ból nie ustąpi, to w najbliższej zgłaszam się do lekarza. Ból jednak przechodzi. Na szczęście... Postanawiam w najbliższej aptece na Camino, kupić jakieś krople na przekrwione i zmęczone oczy. Na wierzchołku Col de Lepoeder (1450m npm) - najwyższym punkcie całego dzisiejszego etapu, odpoczywam dostrzegając, że lewe oko, które przed chwilą promieniowało we mnie bólem, wciąż jest mocno przekrwione...
Patrzę na mapę. Różnica w podejściu z Saint Jean Pied de Port (170m npm) na Col de Lepoeder (1450m npm) wynosi aż 1280m! Uff... Na szczęście nie było stromo na tyle, aby się wspinać, bo Camino wiedzie tam głównie jezdnymi drogami o różnego typu nawierzchni. Z mapy wynika, że zejście z Col de Lepoeder do Roncesvalles/Orreaga możliwe jest dwoma wariantami: albo drogą jezdną, albo zalesionym szlakiem przez wzgórze Don Simon. Wybieram to drugie i szybko przekonuję się, że jest to dość strome zejście. Kijki trekkingowe okazują się tu bardzo pomocne. Przy ulewnym deszczu może tam być niebezpiecznie - myślę. Pogoda jednak jest piękna, a na tym szlaku spotykam pierwszych pielgrzymów na Camino, którzy idą w kierunku przeciwnym.
Dziewczyna i chłopak idą razem, choć jednak osobno - bo oddaleni od siebie o jakieś pół godziny Drogi... Są Hiszpanami, a ja w rozmowie z nimi (z każdym z osobna z racji odległości) poznaję nowe słówka hiszpańskie, bowiem oni słabo znają język angielski, a ja bardzo słabo hiszpański. Jest wesoło, ale się dogadujemy. Skąd jesteście? Skąd idziecie? - to poruszane kwestie. Takich krótkich rozmów z nieznanymi sobie ludźmi będzie jeszcze wiele... Spotykane tam osoby zazwyczaj prowadzi przez Camino Coś więcej niż tylko chęć odwiedzenia nowych miejsc... I to się w rozmowach wyczuwa... Ten język - poszukujących odpowiedzi dusz z całego świata - jest uniwersalny... Serce, niezależnie czy brzmi po hiszpańsku, angielsku czy francusku pozostaje wciąż Sercem...
Około godziny 16.00 jestem w miejscowości Roncesvalles/Orreaga. Pierwsze co chciałem zrobić, to zajrzeć tu do kościoła, ale niestety był zamknięty. Rozejrzałem się więc trochę po tej miejscowości, odpocząłem po trudach Pirenejów i postanowiłem pójść dalej. Mimo dłuższego odpoczynku i już nie-górskiego terenu wędrowało mi się bardzo ciężko. Pireneje i zdarzenie z okiem odcisnęły swoje piętno... Nawet w wiosce Burguete/Auritz w zmęczeniu przeoczyłem żółtą strzałkę wskazującą, którędy wiedzie Camino, ale dobra Hiszpanka uzmysłowiła mi po hiszpańsku, że idę niewłaściwą drogą. Zobaczyła, że na plecaku mam muszlę i wiedziała, że pielgrzymuję do Santiago de Compostela. Warto nosić na plecaku lub w innym widocznym miejscu muszlę św. Jakuba, bo wtedy miejscowi ludzie wiedzą, że mają do czynienia z pielgrzymem i pomagają np. zagubionym wrócić na właściwy szlak.
Jeszcze w Saint Jean Pied de Port przyczepiłem do plecaka w widocznym miejscu muszlę św. Jakuba - symbol pielgrzyma. Udało mi się ją kupić w Polsce. W miejscowościach przez które Camino przebiega, można bez trudu kupić caminowe symbole, np. drewniany kij pielgrzymi czy muszle właśnie. Trochę zrobił się z tego szlaku niezły komercyjny biznes, co mi się nie podoba. Takie czasy...
Zatrzymałem się nad rzeką Urrobi i w zmęczeniu pomyślałem, że dziś już daleko nie zajdę. Muszę pomyśleć o noclegu. Dobrze, że nocowałem już kiedyś wielokrotnie w namiotach na dziko, bo znam z praktyki zasadę, która mówi, że najlepiej i najbezpieczniej nocować tam, gdzie nikt Cię nie zauważy, choć niekoniecznie z dala od siedzib ludzkich oraz dróg. Znalazłem więc takie miejsce w lesie przed wioską Espinal/Aurizberri, pomagając wcześniej utorować Drogę trzem konnym pielgrzymom, którzy napotkali zamkniętą furtkę pomiędzy polami, przez które Camino tam przebiega. Akurat znalazłem się przy tej zamkniętej i odruciałej furtce. Pielgrzymi na koniach to chyba rzadkość. Najwięcej jest pieszych, a później pielgrzymujących na rowerach.
Zaraz za polami rozpoczynał się wspomniany las. Około godziny 18.30, zmęczony, rozbiłem tam namiot. I pomyślałem, że na przyszłość muszę co najmniej dwie godziny przed rozbiciem namiotu, szukać już na mapie odpowiedniej bazy noclegowej, bo po całym dniu wędrowania trzeba mieć jeszcze chęci, siły i czas, aby się za widoku z namiotem rozłożyć, umyć (miałem prysznic turystyczny) i przygotować z wszystkim innym do snu.
Przy rozbijaniu namiotu zakręciło mi się parę razy w głowie, co oznacza, że nie dość dobrze rozłożyłem siły na wędrówkę, a to znak, że mój organizm mówi już wszelkiemu wysiłkowi na dzisiaj: STOP! Z drugiej strony - myślę - to pierwszy dzień pieszej wędrówki, więc organizm musi się do pielgrzymiego trybu życia przyzwyczaić... Przeszedłem dziś około 33 km. Jedno wiem na pewno - myślę już przed snem - muszę słuchać sygnałów, jakie daje mi mój organizm i jakie są jego potrzeby. To ciało ma mnie przecież ponieść jeszcze przez tyle dni do Santiago. Jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi słowa, które są chyba najcenniejszą dla mnie lekcją dzisiejszego dnia: Słuchaj potrzeb swojego organizmu, a nie tego, czego Ty chcesz - to wielka różnica... Zaufaj Panu i powierzaj Mu wszystkie swoje boleści i radości... Mam nadzieję, że jutro moje problemy z okiem, będą wychodziły już na dobrą Drogę... Proszę dziś o to św. Jakuba... Zasypiam...
Dzień 4 (Poniedziałek 07.06.2010):
Budzę się około godziny 6.40. Noc spędzona na polu namiotowym w Saint Jean Pied de Port okazała się ciepła. W celach badawczo-metereologicznych wysuwam głowę z namiotu i stwierdzam, że zapowiadanej poprawy pogody jeszcze nie ma. Ranek okazuje się pochmurny, ale nie deszczowy. Ale to mnie wcale nie martwi. W przeciwieństwie do nadal czerwonego - przekrwionego lewego oka. Dobrze, że mnie ono nie boli - myślę sobie - zobaczę jak będzie dalej...
Po porannej toalecie, spakowałem się i złożyłem namiot. Saint Jean Pied de Port to urocze miasteczko, gdzie co rusz spotkać można pielgrzymów pełnych nadziei co do Drogi, którą tu właśnie rozpoczynają. Dla innych Saint Jean Pied de Port jest kolejnym przystankiem na rozpoczętej gdzieś wcześniej Drodze... Zatrzymuję się przy małym barze - jednym z nielicznych w miasteczku, który jest od wczesnych godzin rannych otwarty. Na śniadanie wcinam przygotowany smakowity sandwich, a na Drogę kupuję bułki z nadzieniem czekoladowym. Zaopatruję się również w wodę na Drogę, którą wlewam do mieszczącego się w plecaku bukłaka. Około godziny 8.30 wyruszam...
Dostrzegam dwa bezpańskie psy, które wałęsają się jeszcze po uliczkach Saint Jean Pied de Port. Dostrzegam też coraz więcej pielgrzymów, którzy kierują się w stronę gór. Nie jest ich jednak aż tak wielu. Wydawało mi się, że będzie tu tłoczniej. Camino biegnie najpierw asfaltową szosą i wznosi się coraz wyżej. Strome odcinki dają w kość. Próbuję złapać równy rytm oddechu, co na początku zazwyczaj nie jest łatwe. Im wyżej jestem, tym więcej pielgrzymów dostrzegam - to Ci, którzy wychodzili z Saint Jean wcześniej niż ja. Wzajemne pozdrowienia "Buen Camino", czyli "Dobrej Drogi", przeplatane są oznakami pierwszego wysiłku podejścia. Idę wolno, ale równo, bez postojów. Z doświadczenia wiem, że dla mnie to najlepszy sposób na pokonywanie wysokości.
wyłaniające się zza chmur Pireneje
Zabrałem ze sobą dwie pary butów - miękkie trekkingowe za kostkę oraz sandały. W górskich butach czuję się dobrze - właśnie w nich pokonuję Drogę... Wraz ze wzrostem wysokości robi się pogodniej. Mam wrażenie, że wychodzę z chmur. W pewnym momencie spostrzegam góry ponad chmurami - a więc dane mi jest zobaczyć Pireneje - cieszę się w duchu... Po około dwóch godzinach podchodzenia jestem w refugio (schronisku) Orisson. Tu pierwszy postój i pierwsze źródełko wody pitnej, z którego korzystam. Odpoczywam... Robię kilka zdjęć wyłaniającym się spod chmur Pirenejom i uzyskuję pierwszą pieczątkę do Credencialu, bo będąc w Saint Jean Pied de Port o tym zapomniałem.
chmury coraz bardziej odkrywają Pireneje
Pół godziny później wracam ponownie na szlak i tym razem używam już kijków trekkingowych. Wędruje mi się coraz lepiej. Mijam kilkunastu pielgrzymów.... Patrząc na nich mam wrażenie, że mam największy plecak, i myśli te jeszcze bardziej obciążają moje plecy, jednak po chwili dostrzegam, że są osoby, które niosą na swoich grzbietach jeszcze większe plecaki. Każdy niesie to co uważa za niezbędne - myślę, a tak naprawdę Droga weryfikuje co jest zbędne, a co nie. Pocieszam się, że jestem w mniejszości, czyli należę do tych nielicznych osób, co noszą ze sobą namiot, stąd zabrałem ciut większy plecak - 45+10 litrów. Większość ma mniejsze plecaki, bo nocuje w schroniskach. Ma to swoje plusy i minusy - jak każdy sposób pokonywania Camino. Mój "namiotowy sposób" także. Choć namiot, który ze sobą niosę waży tylko niecałe 2 kg, to na Camino każdy gram się liczy i odczuwa na własnej skórze.
mój plecak z Pirenejami w tle
Dalej Droga prowadzi mnie jeszcze wyżej. W międzyczasie zrobiło się słonecznie, ale za to ostro smaga wiatr. Jest ciepło. Idę sam, co powoduje, że jestem bardziej wyczulony na chłonięcie tego wszystkiego co mnie otacza i tego wszystkiego co jest we mnie... Myślę, że wędrówka tutaj z jednoczesnym komentowaniem podziwianych widoków i dzieleniem się tymi komentarzami z innymi nie powoduje braku wyczulenia na to co nas z zewnątrz spotyka, ale sprawia, że na dalszy plan schodzi to co się dzieje z nami w środku... Idąc samemu słyszy się bardziej to, co nam w duszy gra...
Najczęściej na szlaku słyszę język francuski, hiszpański i angielski, ale spotykam się również z językiem z Dalekiego Wschodu. Gdy trzeba, porozumiewam się mieszanką tych trzech pierwszych języków z naciskiem na angielski. W przypadku francuskiego i hiszpańskiego używam rozmówek, które zabrałem ze sobą. Tak naprawdę jednak rozmówki przydają mi się bardziej w kontaktach w różnego rodzaju stacjonarnych miejscach (np. w barach, sklepach, informacjach autobusowych i kolejowych) niż na co dzień na szlaku. Większość pielgrzymów rozumie siebie wzajemnie, w przeciwieństwie do mieszkańców mijanych miejscowości - tam generalnie raczej mało kto zna angielski. Ja jednak częściej wybieram na szlaku język pozawerbalny, jak np. uśmiech i uniwersalne werbalne "Buen Camino". Samotność na Camino jest wzbogacająca...
do Santiago de Compostela zostało jeszcze 765km
Po południu, z każdym dalszym krokiem, czuję jak plecak zaczyna uwierać mnie na ramionach i mam wrażenie, że staje się jeszcze cięższy niż rano. W ramach odpoczynku robię sobie co około dwie godziny przerwę. Wystarcza mi 15 minut na taki odpoczynek. Mam ze sobą mapę Camino Frances, z której wyczytuję, że odcinek "pirenejski" z Saint Jean Pied de Port do Roncesvalles/Orreaga wynosi niecałe 25km, co pozwala mi w ten sposób rozłożyć siły, aby przejść ten odcinek tak, by nie nocować w górach... Za Źródłem Rolanda przekraczam granicę i żegnając Francję, witam Hiszpanię, a dokładnie jestem w hiszpańskiej prowincji Navarra. Zaraz po przekroczeniu granicy zatrzymuję się i nagle przeszywa mnie ostry promieniujący ból...
Ból skrywanego pod ciemnymi okularami lewego oka, o którym zdążyłem już zapomnieć. Oko przypomniało mi o sobie mocnym bólem, a ja zdezorientowany nie wiem co się dzieje... Boli tak mocno, że mimowolnie płyną mi łzy. Spodziewałem się prędzej bólu nóg, ewentualnie kolan, ale nie oka! Jestem zdruzgotany... Cholera, jak ja mam dalej przejść całą północną Hiszpanię?! - myślę... W jednej chwili nie cieszy mnie już Droga, ani piękne góry. Ruszam jednak dalej. Nie mogę przecież tu zostać. Przez około pół godziny idę przez góry ze łzami w oczach i myślę o tym, że gdyby nie okulary przeciwsłoneczne, to wyprzedzający mnie pielgrzymi zobaczyliby płaczącego pielgrzyma... Tak mój organizm reaguje na ból i tak się przed nim broni... W pobliżu nie ma żadnej miejscowości - myślę więc, że jeśli ból nie ustąpi, to w najbliższej zgłaszam się do lekarza. Ból jednak przechodzi. Na szczęście... Postanawiam w najbliższej aptece na Camino, kupić jakieś krople na przekrwione i zmęczone oczy. Na wierzchołku Col de Lepoeder (1450m npm) - najwyższym punkcie całego dzisiejszego etapu, odpoczywam dostrzegając, że lewe oko, które przed chwilą promieniowało we mnie bólem, wciąż jest mocno przekrwione...
Patrzę na mapę. Różnica w podejściu z Saint Jean Pied de Port (170m npm) na Col de Lepoeder (1450m npm) wynosi aż 1280m! Uff... Na szczęście nie było stromo na tyle, aby się wspinać, bo Camino wiedzie tam głównie jezdnymi drogami o różnego typu nawierzchni. Z mapy wynika, że zejście z Col de Lepoeder do Roncesvalles/Orreaga możliwe jest dwoma wariantami: albo drogą jezdną, albo zalesionym szlakiem przez wzgórze Don Simon. Wybieram to drugie i szybko przekonuję się, że jest to dość strome zejście. Kijki trekkingowe okazują się tu bardzo pomocne. Przy ulewnym deszczu może tam być niebezpiecznie - myślę. Pogoda jednak jest piękna, a na tym szlaku spotykam pierwszych pielgrzymów na Camino, którzy idą w kierunku przeciwnym.
Dziewczyna i chłopak idą razem, choć jednak osobno - bo oddaleni od siebie o jakieś pół godziny Drogi... Są Hiszpanami, a ja w rozmowie z nimi (z każdym z osobna z racji odległości) poznaję nowe słówka hiszpańskie, bowiem oni słabo znają język angielski, a ja bardzo słabo hiszpański. Jest wesoło, ale się dogadujemy. Skąd jesteście? Skąd idziecie? - to poruszane kwestie. Takich krótkich rozmów z nieznanymi sobie ludźmi będzie jeszcze wiele... Spotykane tam osoby zazwyczaj prowadzi przez Camino Coś więcej niż tylko chęć odwiedzenia nowych miejsc... I to się w rozmowach wyczuwa... Ten język - poszukujących odpowiedzi dusz z całego świata - jest uniwersalny... Serce, niezależnie czy brzmi po hiszpańsku, angielsku czy francusku pozostaje wciąż Sercem...
Około godziny 16.00 jestem w miejscowości Roncesvalles/Orreaga. Pierwsze co chciałem zrobić, to zajrzeć tu do kościoła, ale niestety był zamknięty. Rozejrzałem się więc trochę po tej miejscowości, odpocząłem po trudach Pirenejów i postanowiłem pójść dalej. Mimo dłuższego odpoczynku i już nie-górskiego terenu wędrowało mi się bardzo ciężko. Pireneje i zdarzenie z okiem odcisnęły swoje piętno... Nawet w wiosce Burguete/Auritz w zmęczeniu przeoczyłem żółtą strzałkę wskazującą, którędy wiedzie Camino, ale dobra Hiszpanka uzmysłowiła mi po hiszpańsku, że idę niewłaściwą drogą. Zobaczyła, że na plecaku mam muszlę i wiedziała, że pielgrzymuję do Santiago de Compostela. Warto nosić na plecaku lub w innym widocznym miejscu muszlę św. Jakuba, bo wtedy miejscowi ludzie wiedzą, że mają do czynienia z pielgrzymem i pomagają np. zagubionym wrócić na właściwy szlak.
Jeszcze w Saint Jean Pied de Port przyczepiłem do plecaka w widocznym miejscu muszlę św. Jakuba - symbol pielgrzyma. Udało mi się ją kupić w Polsce. W miejscowościach przez które Camino przebiega, można bez trudu kupić caminowe symbole, np. drewniany kij pielgrzymi czy muszle właśnie. Trochę zrobił się z tego szlaku niezły komercyjny biznes, co mi się nie podoba. Takie czasy...
Zatrzymałem się nad rzeką Urrobi i w zmęczeniu pomyślałem, że dziś już daleko nie zajdę. Muszę pomyśleć o noclegu. Dobrze, że nocowałem już kiedyś wielokrotnie w namiotach na dziko, bo znam z praktyki zasadę, która mówi, że najlepiej i najbezpieczniej nocować tam, gdzie nikt Cię nie zauważy, choć niekoniecznie z dala od siedzib ludzkich oraz dróg. Znalazłem więc takie miejsce w lesie przed wioską Espinal/Aurizberri, pomagając wcześniej utorować Drogę trzem konnym pielgrzymom, którzy napotkali zamkniętą furtkę pomiędzy polami, przez które Camino tam przebiega. Akurat znalazłem się przy tej zamkniętej i odruciałej furtce. Pielgrzymi na koniach to chyba rzadkość. Najwięcej jest pieszych, a później pielgrzymujących na rowerach.
Zaraz za polami rozpoczynał się wspomniany las. Około godziny 18.30, zmęczony, rozbiłem tam namiot. I pomyślałem, że na przyszłość muszę co najmniej dwie godziny przed rozbiciem namiotu, szukać już na mapie odpowiedniej bazy noclegowej, bo po całym dniu wędrowania trzeba mieć jeszcze chęci, siły i czas, aby się za widoku z namiotem rozłożyć, umyć (miałem prysznic turystyczny) i przygotować z wszystkim innym do snu.
baza noclegowa w lesie przed Espinal/Aurizberri
Przy rozbijaniu namiotu zakręciło mi się parę razy w głowie, co oznacza, że nie dość dobrze rozłożyłem siły na wędrówkę, a to znak, że mój organizm mówi już wszelkiemu wysiłkowi na dzisiaj: STOP! Z drugiej strony - myślę - to pierwszy dzień pieszej wędrówki, więc organizm musi się do pielgrzymiego trybu życia przyzwyczaić... Przeszedłem dziś około 33 km. Jedno wiem na pewno - myślę już przed snem - muszę słuchać sygnałów, jakie daje mi mój organizm i jakie są jego potrzeby. To ciało ma mnie przecież ponieść jeszcze przez tyle dni do Santiago. Jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi słowa, które są chyba najcenniejszą dla mnie lekcją dzisiejszego dnia: Słuchaj potrzeb swojego organizmu, a nie tego, czego Ty chcesz - to wielka różnica... Zaufaj Panu i powierzaj Mu wszystkie swoje boleści i radości... Mam nadzieję, że jutro moje problemy z okiem, będą wychodziły już na dobrą Drogę... Proszę dziś o to św. Jakuba... Zasypiam...
Dzień 5 (Wtorek 08.06.2010):
Właściwie zacznę opis tego dnia od tego o czym zaraz po przebudzeniu myślę - o nocy go poprzedzającej. Nie spało mi się dobrze. Co jakiś czas budziłem się i nasłuchiwałem co się dzieje wokół mnie - w ciemnym lesie. O gęsią skórkę przyprawił mnie w środku nocy głos, będący mieszanką szczekania z beczeniem, który to przybliżał się, to oddalał od mojego namiotu. W dodatku wraz z nim słyszałem trzask łamanych gałęzi i odgłos... jakby kopyt. Nie wiem co to było, ale po około pół godzinie leśnych manewrów, oddaliło się na dobre. Myślę, że były to sarny. Ponoć samce saren, czyli kozły, jeśli są czymś wystraszone, wydają głos podobny do szczekania psa. Jeśli są natomiast złe, że został naruszony ich teren, wtedy albo szczekają, albo wydają głos zaniepokojenia podobny w brzmieniu do bee bee lub beej beej i uciekają w gęstwinę, najczęściej swoją ostoję. Przez chwilę wystraszeni tej nocy byli więc chyba wszyscy zainteresowani - łącznie ze mną.
Minionej nocy na chwilę obudziła mnie także niewielka burza z deszczem. Generalnie długiego snu i wygód tej nocy nie było. Zabrałem ze sobą na Camino lekką alumatę, która spełniała podczas noclegów rolę łóżko-materaca. Do tych ostatnich było jej daleko. Najważniejszym jej zadaniem była izolacja od podłoża. Żeby spało się na niej wygodnie trzeba było wybrać dość równe i miękkie podłoże na którym stał namiot, a o to tej nocy we wspomnianym lesie nie było łatwo.
Po pobudce spędzonej na wspomnieniach minionej nocy, wygrzebuję się z namiotu o godzinie 7.30. Godzinę później, po śniadaniu, higienie w warunkach polowych i złożeniu namiotu, ruszam w dalszą Drogę...
Jeszcze nie wiedziałem, że kilkunastu pielgrzymów, których spotkam dziś po Drodze będę spotykać jeszcze parę razy tego samego dnia i później. Są różne wizje pielgrzymowania. Każdy ma swoją. Także na Camino. Moja wizja, to pielgrzymowanie samemu, ale nawet idąc samemu, nie jestem tam sam...
Spotykam dziś dwa pielgrzymie groby, a właściwie krzyże - symbole upamiętniające miejsca, gdzie zakończyli swą ziemską Drogę wędrujący tu wcześniej pielgrzymi. Myślę, że to dobrze, że takie miejsca są upamiętniane, bo przypomina to wędrującym tu pielgrzymom o śmierci i odchodzeniu oraz o tym, że nie każdemu dane jest dotrzeć do Santiago... Zatrzymuję i myślę o tych, którzy skończyli w tym miejscu swoją pielgrzymkę i o tych którzy odeszli już z mojego życia na wieczną wędrówkę...
Oko mnie nie boli, choć nadal jest lekko przekrwione. Nie kupiłem jeszcze kropel do oczu. Nie znajduję po Drodze żadnej apteki. Jak nie dziś, to może jutro się uda - myślę.
Pogoda dzisiejszego dnia okazuje się dość słoneczna i parna, pomimo chmur, które nie zakrywają nieba zbyt gęsto. Schodząc do miejscowości Zubiri odkrywam, że Camino zaczyna przypominać Drogę Księżycową. Znajduję się bowiem na terenie kopalni/żwirowni. Ostre słońce i to gorąco bijące od suchego kopalnianego piasku wyczerpuje moje siły. Cieszę się z tych nielicznych momentów kiedy znajduję kawałek cienia. Wodę wypijam litrami. Na głowie obowiązkowo mam kapelusz z dużym rondem, a na nosie okulary przeciwsłoneczne. Do tego cieńką i szybkoschnącą koszulę z długim rękawem, która odporna jest również na promieniowanie słoneczne. Cieszę się również, że zabrałem z Polski wysokoenergetyczne jedzenie w postaci rodzynek i innych suszonych owoców. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że starczy mi go na cały pierwszy tydzień wędrówki. W koszmarnych warunkach jak te, kiedy Camino wiedzie przez pełną piasku (w powietrzu i pod stopami) kopalnię, takie małe rzeczy naprawdę sprawiają radość i dodają energii do dalszej wędrówki.
Krótki odpoczynek na zregenerowanie sił pozwala mi szybko przejść dalej omijając zarówno Zubiri, jak i Larrasoanę. Ominąłem te miejscowości trochę też przez nieuwagę, bowiem marzyło mi się przystanięcie w jednej z nich i wypicie kawy. Po drodze jednak ze zdziwieniem zauważam u jednego pielgrzyma, że wędruje on z krzesełkiem kempingowym! Chwilka rozmowy i zapominam o kawie. Cóż, dla niektórych wygoda liczy się przede wszystkim, nawet kosztem dodatkowego ciężaru na plecach. Ale w taki upał, ja byłbym bardziej skłonny nieść dodatkowy ciężar w postaci butelek z wodą. Trzymając się znaków Camino w postaci żółtych strzałek i muszli, idę więc dalej.
Szybko jednak odczuwam kolejne znużenie. Ten parny dzień nie jest chyba dniem dobrym do wysiłku wędrówki. Zmęczony skwarem z nieba i duchotą w powietrzu przechodząc przez most na rzece Arga koło miejscowości Zuriain, postanawiam odpocząć. Woda (nie tylko pitna) to przecież życie i obietnica ochłodzenia się. Odkrywam całkiem spokojne i zacienione miejsce nad rzeką, w której od razu postanawiam pobrodzić. Głębokość tej rzeki nie pozwalała na większe zanurzenie. Ależ w niej pływają ryby! - myślę otwierając szeroko oczy na widok dużych ryb w odrobinę głębszym miejscu niż to w którym stoję. Chyba z godzinę udaję bociana, który zamiast brodzić w grzęzawisku w poszukiwaniu żab, brodzi w rzece wypatrując ryb. O rybnych daniach mogę tylko pomarzyć...
W międzyczasie zaczyna się coraz bardziej chmurzyć. Biorę więc powoli nogi za pas i ruszam dalej. Nie mam szczęścia jak na razie do kościołów na Camino. Co chcę do nich wejść, to okazują się zamknięte. Tak było wczoraj w Roncesvalles/Orreaga, i tak jest dziś w prawie wyludnionej wsi Zabaldica. W tej ostatniej miejscowości korzystam z rozmówek polsko-hiszpańskich prosząc o świeżą wodę do spożycia jakąś miejscową seniorę. Udaje się. Ta pani pomaga mi bardzo, ponieważ nie mam już nic do picia przy sobie. Na Camino Frances są źródełka wody pitnej, ale nie zawsze są one tam gdzie akurat tej wody potrzeba. Zauważyłem również, że mieszkańcy hiszpańskich wiosek wystawiają koło domów butelki z pitną wodą, ale nie ośmieliłem się ryzykować picia z tych dobrodziejstw, mając na uwadze to, że taka woda w butelce może przecież smażyć się w słońcu dobrych kilka dni i wcale świeżą nie być. Dziękuję Bogu za dobrych ludzi na mojej Drodze...
Tuż za Zabaldicą zaczyna padać deszcz. Robi się groźnie i ciemno od zachmurzonego nieba. Nasila się wiatr, który szybko przepędza parne dotąd powietrze. Myślę, że będzie burza. Jednak kończy się jedynie na deszczu. I nawet wcale mi on nie przeszkadza. Przyjemnie się idzie dla odmiany moknąc od deszczu. Jest późne popołudnie - grubo po godzinie 17.00, więc zaczynam myśleć o noclegu. Najpierw przychodzi mi na myśl las koło Monte Nerval, jednak strome zbocza tej góry uniemożliwiają rozbicie namiotu gdzieś na równym podłożu. Idę więc kawałek dalej. Deszcz wzmaga na sile i wkrótce przestaje mi być przyjemnie, nawet pomimo faktu, że mam ponczo przeciwdeszczowe na sobie. Już nie pada tylko leje. Koniec końców rozbijam w deszczu namiot wśród niewysokich drzew, tuż za tunelem przed Monte Miravalles. Tunel jest przejściem dla pieszych pod ruchliwą szosą. Oznak urbanizacji jest tu zresztą coraz więcej, bowiem znajduję się tuż na przedmieściach wielkiego hiszpańskiego miasta - Pampeluny. Może dobrze mnie i namiotu z tego zadrzewionego miejsca nie widać, ale co z tego - myślę - jak słyszę przejeżdżające pobliską szosą samochody. Leje jednak tak mocno, że tylko cieszę się, że jestem już w namiocie i dopiero wtedy tak naprawdę odczuwam co to jest zmęczenie dzisiejszego dnia - przeszedłem około 32km. Sam nie wiem jak tyle robię. Po prostu idę, nie śpiesząc się. Idę swoim rytmem. I rytmem swojego Serca.
| namiot w deszczu koło Monte Miravalles - jedyne zdjęcie zrobione dzisiejszego dnia |
Tuż przed zaśnięciem przypominam sobie, że w apteczce mam jeden jedyny komplet zatyczek do uszu. Decyzja jest więc szybka. Korzystam z nich i nie słyszę już samochodów. Wziąłem te zatyczki z rozpędu, bowiem na samym początku pomysłu wybrania się na Camino, chciałem tam wyruszyć bez namiotu, korzystając z noclegów w schroniskach. Zatyczki kupiłem z myślą o chrapiących w schroniskach innych pielgrzymach. Później postawiłem na namiot, a zatyczki po prostu zostały w skompletowanej już apteczce. Jak się teraz cieszę, że ich nie wyjąłem z apteczki. W ogóle cieszę się na tej Drodze z takich małych rzeczy, których w swojej codzienności w Polsce pewnie bym nie zauważył i nie zdawałbym sobie z nich sprawy. To jest chyba jedna z najważniejszych prawd Camino - pozbyć się tego wszystkiego do czego w codziennym życiu jesteśmy przywiązani, aby zobaczyć, że to co naprawdę jest ważne nie jest w przedmiotach i poza nami, ale jest w nas - w naszym spojrzeniu na te rzeczy... Na przykład na zwykłą butelkę wody, która dziś wydała mi się największym marzeniem... Czy żyjąc tak jak dotychczas miałbym szansę tak na nią spojrzeć?
Dzień 6 (Środa 09.06.2010):
Budzę się tuż po 7.00. Jednorazowe zatyczki do uszu, które tak bardzo mi się w nocy przydały wyrzucam do jednego z woreczków śniadaniowych, które podczas Camino służą mi również za woreczki na śmieci. Wciąż pada. Namiot składam więc w deszczu i tuż po 8.00 ruszam do Pampeluny.
| gdy już przestało padać: jeden z wielu mostów w Pampelunie |
To piękne duże miasto z historycznym klimatem. Znane chyba najbardziej z tego, że w lipcu organizowane są tu gonitwy byków po ulicach... Zatrzymuję się na śniadanie w jednej z wielu uroczych knajpek. Na śniadanie dziś do kawy słodkie bułki. Na zewnątrz wciąż pada, co wcale nie ujmuje uroku Pampelunie, ale wręcz dodaje. Zupełnie jak w najstarszych dzielnicach Krakowa, kiedy pada deszcz. W tej miejskiej deszczowej senności Pampeluny odkrywam wyjątkowy klimat i innego rodzaju ciepło... Brakowało mi tego przez ostatnie dwa dni.
Muszę przyznać, że Hiszpanie dość obficie uzupełniają pączki i słodkie bułki budyniem. Rozpływam się wręcz w nim. Przy filiżance kawy i wśród wzajemnych pozdrowień innych pielgrzymów, wyciągam mapę Pampeluny i planuję najbliższe godziny...
Wychodząc na deszczową ulicę kieruję swoje kroki do kościoła San Cermin. Nareszcie! Tak bardzo odczuwałem już potrzebę wstąpienia do Świątyni... Ten pampeluński kościół jest bardzo duży i bardzo piękny. Akurat trafiłem na czas, kiedy prawie nikogo w nim nie było. Modliłem się i myślałem o tych wszystkich intencjach, które w sobie i ze sobą niosę...
Z kościoła kieruję swe kroki do apteki, gdzie kupuję w końcu upragnione krople na moje przekrwione oczy. Poraz kolejny przydały mi się hiszpańsko-polskie rozmówki, bo aptekarz nie znał angielskiego. Czy te krople mi pomogą? Oby tak - myślę... Na pewno nie zaszkodzą...
W Pampelunie spotykam pielgrzyma z ukulele, nazywanego przeze mnie Człowiekiem z Ukulele, którego zdążyłem poznać już wczoraj... Mijałem się z nim tego dnia jeszcze kilkakrotnie...
| gdy już przestało padać: park na przedmieściach Pampeluny |
Po opuszczeniu centrum Pampeluny przestaje padać. W schronisku Maribal Roncal, w miejscowości Cizur Menor, uzyskuję drugą pieczątkę do swojego Credencialu, choć zaglądam do schroniska tylko na chwilę, by odpocząć. Jest popołudnie i ustępuję miejsca tym pielgrzymom, którzy nie idą dalej tak jak ja, tylko zatrzymują się tu do jutra. Z uśmiechem dostrzegam, że nie tylko ja coś tam skrobię na ławce w swoim pamiętniku, ale również kilka osób przyjmuje dogodne pozycje do pisania i wyciąga z plecaków swoje notatniki. Pozdrawiamy się wzajemnie z uśmiechem. Po odpoczynku ruszam dalej...
| skwer w miejscowości Cizur Menor |
Na Alto del Perdon, czyli na górze na której znajduje się słynna makieta przedstawiająca dawnych pielgrzymów, zatrzymuję się (po wysiłku wejścia) na kolejny odpoczynek. Odpoczynek z pięknymi widokami... Mój znajomy - Człowiek z Ukulele - już tu jest. Idzie przecież jak każdy swoim tempem, a dziś ma rytm chodzenia szybszy niż mój... Pstrykamy sobie nawzajem zdjęcia i z podziwem patrzymy na tych, którzy wjechali na Alto del Perdon na rowerach. Jednak tutaj nie da się odpocząć zbyt długo, albowiem wiatr wieje silnie i wychładza organizm, zaczynając od postępującej lodowatości rąk. Jest pochmurno, ale już nie pada. Schodząc ze słynnego wzniesienia dostaję takiego kopa i nowych sił do marszu, że poza rowerzystami, wyprzedzam wszystkich pieszych pielgrzymów idących tuż przede mną. Pożegnany wcześniej Człowiek z Ukulele również zostaje gdzieś za mną, choć mam jakąś dziwną pewność, że jeszcze nie raz nasze drogi się przetną...
| przed makietą pielgrzymów na Alto del Perdon |
Jeszcze wychodząc z Pampeluny mijałem dziewczynę, która szła na nolceg do Cizur Menor, odczuwając boleśnie na swych stopach pęcherze. I właśnie teraz w tym moim żwawym tempie odczuwam, że i mnie zrobił się na nodze pęcherz - na śródstopiu lewej stopy. Dobrze, że nie na pięcie - myślę... Jak ja dawno nie miałem pęcherzy... Ot pielgrzymie przypadłości...
| krótki odpoczynek z chmurami i górami w tle |
W miejscowości Uterga, w schronisku Camino del Perdon zatrzymuję się po dość szybkim marszu. Dostaję kolejną pieczątkę. Zamawiam kawę, po której chce mi się zwymiotować. Chyba nie smakują mi generalnie hiszpańskie kawy. Francuskie smakowały mi o wiele lepiej.
Docierając do Obanos myślę już o noclegu. Jest późne popołudnie, a ja czuję wszechogarniające mnie zmęczenie. Nigdzie jednak po drodze nie widzę ciekawych terenów leśnych czy zakrzaczeń, gdzie mógłbym (niewidoczny dla innych) rozbić mokry od ostatnich deszczów namiot. Idę więc dalej, dochodząc do miejscowości Puente la Reina i do schroniska Jakue. Robi się późno, a mnie w głowie kołacze się tylko jedno: mam już dość! Nie mam siły iść dalej i szukać dobrego miejsca do namiotowego noclegu! Poza tym już dawno nie myłem się w ciepłej i gorącej wodzie. Ostatni raz było to na polu namiotowym w Saint Jean Pied de Port we Francji, czyli 3 dni temu. Już czas więc na odrobinę luksusu. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Jest grubo po 18.00, kiedy wykupuję nocleg w prywatnym schronisku Jakue ( 9€ ). A nie zamierzałem na Camino spać w schroniskach - myślę sobie.
| pomnik Św. Jakuba przed schroniskiem Jakue w Puente La Reina |
Schronisko wita mnie kilkudziesięcioma zmęczonymi (tak jak ja) pielgrzymimi duszami, ale również uderza mnie swoją schludnością i czystością... Ogromny pokój jest porozdzielany słomianymi matami, tworząc pomniejsze czteroosobowe pokoiki, a każdy z nich z dwoma piętrowymi łóżkami. Razem nocuje tu w tej chwili chyba dobrze ponad dwadzieścia osób. Wybieram jeden z tych pokoików, który znajduje się na uboczu z dala od wyjścia. Zajmuje w nim miejsce tylko jakiś starszy pielgrzym, więc z przyjemnością wybieram przeciwległe łóżko piętrowe i rozkładam się z całym swoim dobytkiem na parterze.
Po przyjściu chwilka rozmowy i wędrówka do łazienki po upragniony prysznic. Po powrocie na wyro postanawiam przeprowadzić na swojej lewej stopie operację przekłuwania pęcherza, a na oczach operację 'kropidełko' z zastosowaniem zakupionych w Pampelunie kropel do oczu. Potem już tylko uzupełnienie pamiętnika (dziś 27km w nogach), SMS do Polski, modlitwa i upragniony sen... Ciekawe czy usłyszę tej nocy znany mi z pielgrzymich opowieści schroniskowy koncert chrapania? Zatyczek do uszu już nie mam - myślę jeszcze tuż przed snem - ale trudno. Otulam się tym pielgrzymim ciepłem jakie panuje w schroniskowej atmosferze. Dostaję jeszcze zwrotny SMS z Polski, w którym dowiaduję się, że dziś w meczu towarzyskim Polska przegrała z Hiszpanią 0:6. Ha! Uśmiecham się do siebie i wsłuchując w pojedyncze pielgrzymie szepty w schronisku postanawiam, że nie odpowiadam więc od dziś przez najbliższe dni na często zadawane wśród pielgrzymów pytanie: where are you come from? :) Tak, jakby miało to jakieś znaczenie na tej Drodze... A nie ma żadnego...
Dzień 7 (Czwartek 10.06.2010):
Zmęczony, jeszcze bardziej niż wczoraj przed zaśnięciem, wstaję tuż po 6.00. Nie mogłem całą noc spać. Byłem wściekły. Tak, wściekły!!! Nie zamierzam tłumić swojej złości, że wybrałem w schronisku miejsce do spania obok największej chrapiącej ludzkiej istoty jaką zdarzyło mi się spotkać. Gruby, tłusty, chrapiący knurze!!! - obyś się udławił tym chrapaniem! To tylko część z moich wielce oryginalnych i subtelnych nocnych przemyśleń. Wiem, że to nie po pielgrzymiemu, ale postanowiłem nie tłumić swoich uczuć. Jestem tu po to, aby poznać lepiej siebie, swoją Drogę, trudności i dobre strony, zalety i wady w Jego świetle... A nie dopasowywać się do pielgrzymich standardów. Nienawidzę tego gościa! On nie chrapał nawet, tylko piłował. Jak piła tarczowa w tartaku. Tak głośno, że mało kto mógł zasnąć, a ja leżałem najbliżej niego - na sąsiednim łóżku obok. Zwracanie mu uwagi pomagało - na chwilę. Moja cierpliwość przekroczyła swoje granice i jak zwykle nic dobrego z tego nie wyszło.
Obok mnie - tyle że po drugiej stronie łóżka - swoje miejsce w schronisku zajęła sympatyczna za dnia para pielgrzymów, która sporą część nocy rozmawiając szeptem po angielsku, komentowała to wszystko. Byli tak niezręczni w swojej wymianie myśli, że co rusz coś im (zapewne z ekwipunku) z hukiem spadało na podłogę. Poddałem się w końcu i już tylko leżałem, bo o zaśnięciu nie było mowy. Nigdy więcej noclegów w schroniskach! - pomyślałem i tak do rana. Z boku na bok. Ze świadomością i nocnym urządzaniem sobie życia. Przez urozmaicenie pozycji. Przez zmianę położenia poduszki. To pod głową, to nad, to z boku. Przez pozytywne myślenie o rzeczach pięknych. Przez zagłuszanie hałasów wędrówkami myśli. W całkiem inne rejony. By jak najszybciej przeżyć tą noc. Jakoś...
Po tej 6.00 wstaję zły, ale przejawia się to już tylko w bezsilnej rezygnacji. Tak naprawdę wcale przecież nie nienawidziłem tego chrapiącego gościa, tylko siebie - części siebie. Tej bezradnej, słabej części. Najzwyczajniej w świecie nie umiałem przyznać się do swoich słabości, zbyt często w życiu uciekając w przywdzieranie maski pod tytułem: "dam sobie radę", zapominając przy tym o Bogu...
Pakuję manatki, kiedy jeszcze ciemno. Niewyspany z podkrążonymi, czerwonymi, tym razem obydwoma oczami - jak zauważam przy porannej toalecie. Pęcherz na lewej stopie mimo przekłucia, wciąż daje znać o sobie. Czyli żyję - myślę sobie. Cieszę się z tego faktu i czym prędzej zmykam z ciemnej sali w większości śpiących jeszcze pielgrzymów, marząc o świeżym powietrzu.
Tuż obok schroniska jest jeszcze hotel. Pielgrzymia wersja exclusive - myślę... Z jakieś pół godziny cieszę się oddychając świeżym powietrzem tuż przed hotelem, aby potem do niego wejść na śniadanie. A tam pełno wypoczętych ludzi. Bardziej turystów jak mniemam. Schludnie ubranych, bez żadnych oznak znoju i wędrówki. Przyjechali tu autobusem. Pasuję do nich jak pięść do nosa. Ale co tam - jestem wyczerpany i ogromnie głodny. Śniadanie w formie szwedzkiego stołu wydaje mi się rajem. Jest tam wszystko, co ze śniadaniem także w Polsce się kojarzy. Do wyboru.... Wybieram więc i siadam grzecznie przy jednym z pięknie zasłanych stolików. I zagaduje mnie jakaś dziewczyna z obsługi, mówiąc, że miejsce to jest zajęte. Przenoszę się więc z jedzeniem na wolne miejsce przy stoliku już częściowo zajętym. Słyszę "tak", na pytanie czy miejsce jest wolne, a raczej wnioskuję tak z gestów. Siadam bowiem obok władających po niemiecku starszych pań, które angielski znają tak jak ja niemiecki, czyli prawie w ogóle.
Pakuję manatki, kiedy jeszcze ciemno. Niewyspany z podkrążonymi, czerwonymi, tym razem obydwoma oczami - jak zauważam przy porannej toalecie. Pęcherz na lewej stopie mimo przekłucia, wciąż daje znać o sobie. Czyli żyję - myślę sobie. Cieszę się z tego faktu i czym prędzej zmykam z ciemnej sali w większości śpiących jeszcze pielgrzymów, marząc o świeżym powietrzu.
| pielgrzym w Puente la Reina |
Nie mija chyba zbyt wiele czasu, kiedy orientuję się, że zwracam na sobie swoim odmiennym strojem uwagę pozostałych kilkudziesięciu osób z hotelowej sali jadalnej. Mam wrażenie, że jestem urozmaiceniem i intrygującym tematem do rozmów dla niemieckich turystów. W końcu zjawia się ponownie dziewczyna z obsługi, która także słabo zna angielski i po hiszpańsku wystawia mi rachunek za to spędzone w wyjątkowym towarzystwie śniadanie. Przemilczę cenę. Po minionej nocy, nic już dzisiaj nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Bo jej najzwyczajniej w tym momencie nie mam. Uśmiecham się więc, płacę i z hotelu wychodzę. Aby do przodu i znowu w Drodze....
| jedna z uliczek w Puente la Reina, którą biegnie Camino |
Już w Puente la Reina czuję, że daleko dziś nie zajdę. Włóczę się z nogi na nogę pod bardziej niż wczoraj odczuwalnym ciężarem plecaka. Widok żwawo kroczących do przodu i wymijających mnie pielgrzymów buduje we mnie myśli w stylu "oni nie mogli spać w tym samym schronisku"... Miało być "do przodu", a z każdym krokiem idzie mi się coraz ciężej. Przy pięknym moście w Puente la Reina postanawiam więc dziś zrobić sobie dzień lajtowego chodzenia i koniecznie odpoczynku. A pogoda jak na ironię zapowiada się dziś piękna. Już wstało zza horyzontu słońce. Myślę dokąd mnie dzisiaj o resztkach sił Droga poniesie?
I zaniosło. Niezbyt daleko. Po około 3,5km tuż za miejscowością Puente la Reina, a przed podejściem na wzniesienie z ruinami Monasterio Bogota odczuwam, że najzwyczajniej w świecie nie dam rady wejść na tą czterystusiedemdziesięcio metrową (470m npm) góreczkę. Dla kogoś takiego jak ja, kto uwielbia chodzić po górach, to mogłoby być uderzeniem w ambicję, może nawet jakąś ujmą, czy dyshonorem. Ja nie mam dziś żadnych ambicji. O każdym swoim kolejnym kroku myślę jak o kroku do upadku. Na czerwoną tam hiszpańską ziemię. I upadku w swoją upartość i głupotę, zagrażającym życiu. Dostrzegam więc kawałek trawiastej polanki pod lasem nieopodal Drogi. Tam, za krzakiem i przy strumyku zwalam się na ziemię i zanim znajduję siły na rozbicie namiotu, długo leżę na alumacie. A jest godzina tuż przed 10.00 rano. Cóż, dzień odpoczynku i regeneracji dla mnie zaczął się właśnie teraz. Po przejściu zaledwie trzech kilometrów od rogatek Puente la Reina. Cały dzień przede mną. Na przemyślenia, podreperowanie zdrowia i sen... Przy okazji pięknej pogody mokry namiot się wysuszy...
| piękny most przez rzekę Arga w Puente la Reina |
Czasem trzeba się zatrzymać, by móc iść dalej...
Nie będę się spieszyć. Idę zgodnie z rytmem swojego serca...
Są takie decyzje, które trudno samemu podjąć. Trzeba więc powierzyć je Drodze. W tym względzie trzeba Drodze zaufać. Camino znaczy Droga...
To moje myśli, do których dziś wracam, wokół nich jestem i w caminowym notesie oddzielone od pozostałych drukowanym pismem zapisuję...
Myślę jeszcze przed snem, że podczas tej wyprawy "grają" mi w głowie codziennie jakieś melodie, piosenki... Dotąd wspominałem jedynie o melodii z serialu "Allo Allo", a przecież później na Camino - tak jak i teraz - brzmiało mi w głowie jeszcze wiele innych melodii... Im bardziej jestem zmęczony, tym mniej wygórowane to są melodie. Najczęściej mało ambitne i płytkie tekstowo... Dopiero teraz, z dala od Polski i codziennego życia, widzę jak w głowie mam wiele muzyki... Muzyki, której dawno już nie słyszałem... I niosę ją ze sobą... Ona przeszkadza, ale i pomaga mi zarazem... W różnych caminowych chwilach...
Dzień 8 (Piątek 11.06.2010):
Spoglądam na zegarek. Jest około 7.20 rano, kiedy się budzę. Cieszę się, gdy dostrzegam, że mokry od ostatnich deszczy namiot wreszcie po minionej nocy znów jest suchy. I w końcu się wyspałem. Tuż po godzinie 8.00 spakowany ruszam w dalszą Drogę.
W miejscowości Cirauqui zatrzymuję się i robię małe zakupy: coś do picia i coś do jedzenia. Uzyskuję też kolejną pieczątkę do credencialu. Spoglądam na mapę i widzę, że Camino przynajmniej jeśli chodzi o stronę ukształtowania terenu nie wygląda dziś szczególnie zachęcająco. Przebiega bowiem wzdłuż ruchliwych dróg samochodowych A-12 i N-111, co jakiś czas je przecinając. Jednak ta uciążliwość wydała mi się później wcale nie zauważalna. Dzisiejszy dzień okazał się bowiem dniem spotkań ze znajomymi pielgrzymami, których miałem już okazję poznać w czasie poprzednich dni wędrówki.
| miejscowość Cirauqui i zdążający ku niej znajomi pielgrzymi |
To niesamowite jest, że poznałem już na swej Drodze kilka sympatycznych osób z różnych stron świata. I mimo, że słowo 'poznałem' nie jest tu może słowem najwłaściwszym, bo nasze poznawanie się wciąż trwa i nie jest wynikiem jakichś strategii, tylko spontanicznym spotykaniem się na krótkie chwile i krótkie rozmowy, to jednak kolejne spotkania ze znanymi już sobie w jakimś stopniu ludźmi wywołują uśmiech na mej zmęczonej twarzy. I cieszę się, że nie tylko na mojej.
I tak: dwie starsze Francuzki, które zamiast muszli do plecaków miały przytroczone żółte wstęgi z napisem Camino. Potem dwie młode Francuzki, które spotkałem jakieś 2-3 dni temu oraz dwóch Niemców - ojciec z synem, z którymi spotkałem się pierwszy raz na samym początku - jeszcze w autobusie z Bayonne do Saint Jean Pied de Port. Teraz wszyscy zdążaliśmy do miejscowości Estella.
| fontanna na Placu St Martin w Estelli |
W samej Estelli na Placu St Martin postanowiłem zatrzymać się na dłuższy odpoczynek. Tutaj też pożegnałem znajome twarze. Część miała zamiar zatrzymać się tutaj na noc, część szła dalej swoim własnym rytmem. Estella najbardziej utkwiła mi w pamięci z powodu otoczenia wielkich skał, obok których jest położona.
| miejscowość Estella i imponujące skały |
Tuż za Estellą znajduje się wytwórnia win Bodegas Irache, koło której leci z kranu woda pitna, a obok z drugiego kranu leci czerwone wino. Zatrzymałem się przed tym miejscem i odczekałem w niedużej kolejce do kranów na swój czas. Gdy już nastąpił, najpierw nalałem do butelki trochę owego wina, tak że starczyło mi na wypicie pięć dużych łyków. Później uzupełniłem zapasy pitnej wody. Wino podziałało na moje zmęczone ciało. Zaraz za kościołem w Irache jest bowiem (jak wskazywały żółte strzałki) rozwidlenie drogi Camino na Camino właściwe oraz alternatywne (słabo oznaczone). Tylko, że ja odkryłem to dopiero później, bo z oznaczenia na słupku informacyjnym wynikało, że jedna i druga ścieżka jest właściwa.
| Bodegas Irache i miejsce wodo- i winopoju |
Nie zaglądając więc już do mapy, z szumiącym w głowie lekko winem, wybrałem Camino alternatywne. I jakież było moje zdziwienie, gdy po około 20 minutach przejścia odkryłem, że się zgubiłem. Nie było żadnych oznaczeń Camino na tej drodze. Co robić? Uśmiechnąłem się i pomyślałem, że to przez wino i wyciągnąłem z plecaka mapę. Z niej wynikało, że na szczęście Camino właściwe nie jest bardzo oddalone i nie wracając się do miejsca zagubienia szlaku, postanowiłem na skróty przez znajdującą się nieopodal ruchliwą jezdnię i dwa ronda dotrzeć do Hotelu Irache, obok którego przebiega właściwe Camino. Tuż przy hotelu znajdował się ogromny camping z widocznymi luksusami, który ominąłem i poszedłem dalej.
| okolice miejscowości Azqueta - widok na pola i góry |
Około godziny 16.00 przechodząc przez las tuż przed miejscowością Azqueta poczułem, że to jest dobre miejsce na odpoczynek i na rozbicie namiotu. Tuż obok lasu znajdowały się szerokie pola z widokiem aż po horyzont na góry - kształtem przypominające nieco polskie Góry Stołowe. Pogoda okazała się dziś być słoneczna, ale dość chłodna, więc była dla mnie wymarzona. W pamięci mam wciąż trudy wędrówki z plecakiem w czasie lejącego się z nieba skwaru. Przeszedłem dziś około 25km. Miałem czas i siły na spokojne rozbicie namiotu, zrobienie prania, polowy prysznic, poznanie i podziwianie pięknej okolicy, a przede wszystkim na słuchanie i na dłuższą Rozmowę w kontakcie ze Słowem...
Dzień 9 (Sobota 12.06.2010):
Wstaję tradycyjnie już, około godz. 7.30, by o 8.30 spakowany wyruszyć na Camino. Dziś dzień przywitał mnie deszczem i tak już będzie przez cały dzień. W barze w Azqueta zatrzymuję się na śniadanie: kanapki i tosty z szynką i żółtym serem. Do tego widząc jakie wzięcie wśród innych pielgrzymów ma wyciskany przy ladzie sok z pomarańczy, zamawiam także szklankę tego napoju. Koszt całego mojego śniadania gospodarz baru wyliczył na 11€. Po zapłaceniu zastanawiam się nad tym czy zmieszczę się ze swoim budżetem przeznaczonym na Camino, który wynosi po przeliczeniu 10,5€ dziennie. Postanawiam robić więc od tej pory już tańsze zakupy, a z napojów gustować już tylko w wodzie pobieranej z występujących po drodze źródełek wody pitnej.
Przez skąpane w deszczu Villamayor de Monjardin przemykam więc czym prędzej nie zatrzymując się tam na dłużej. Przy okazji zauważam, że niektórzy nie przepuszczają żadnej miejscowości, pod kątem wstępowania do barów. Może skwapliwie zbierają pieczątki do pielgrzymich paszportów? Mnie jednak gonitwa i myślenie o pieczątkach zupełnie nie w głowie. W końcu nie jestem tu po to aby zaliczać kolejne etapy szlaku szukając co rusz okazji do jego potwierdzenia pieczątkami.
Zaraz za Villamayor de Monjardin rozpoczynają się zewnętrzne trudności: błotniste Camino, które miejscami biegnie tutaj stromo w dół przez pola, stając się w deszczu niebezpieczne. Łatwo o poślizgnięcie się w tej błotnistej mazi. Idzie mi się już znacznie ciężej, bo całe buty oblepione mam błotem. Dźwigam mozolnie ten dodatkowy ciężar. Dla poprawy nastroju zaczynam myśleć o głupotach i myślę o pewnym gatunku ślimaka. Konkretnie o Błotniarce Stawowej. Myślę, że chyba wiem już jak czuje się i żyje ów ślimaczek - pewnie tak, jak teraz ja. Grzęźnie w błocie, nosi na sobie swój domek i czuje stawy :) Tylko, że on czuje stawy wodne (wody teraz i ja mam z nieba pod dostatkiem) jako swoje naturalne środowisko, a ja czuję swoje stawy - ból w kolanach i barkach, od wżynającego się w nie plecaka. To są chyba najczęstsze miejsca promieniowania bólu fizycznego jaki odczuwam na Camino. Co jakiś czas robię sobie przerwy w wędrówce i jest trochę lepiej.
| deszczowe Los Arcos |
| wnętrze kościoła Santa Maria w Los Arcos |
Zastanawiam się co nas tu - ludzi z różnych stron świata - ciągnie? Mimo bólu i wysiłku każe iść dalej, choćby drobnym krokiem, ale do przodu... Każdy, kto tu wyruszył może tylko sam w sobie znaleźć odpowiedź na to pytanie.
W Sansol zatrzymuję się pod chroniącą przed deszczem wiatą przystankową na krótki odpoczynek, by później dalej ruszyć w deszczu w drogę. Pielgrzym od kulejącej nogi także przystaje - wyraźnie po obandażowaniu kolana poczuł się lepiej. Cieszę się, że tak jest. Po odpoczynku rusza więc pierwszy. Odczekuję jeszcze chwilę i idę za nim. Przechodzę nie zatrzymując się przez pobliskie Torres del Rio. Zaraz za tym skąpanym w deszczu miasteczku dostrzegam na północnym horyzoncie piękne i częściowo zasnute niskimi, ciemnymi i deszczowymi chmurami góry. Znajomy pielgrzym robi sobie przerwę na smakowanie dzikich jabłek przy przydrożnej jabłoni. Ja nieśpiesznie idę dalej, choć wyraźnie czuję, że na mnie już czas - zbyt daleko już dzisiaj nie zajdę. Tym bardziej, że odczuwam dodatkowo ból tym razem prawego oka - oczywiście jest przekrwione. Człapię bardzo powoli pod górę rozglądając się za drzewami w pobliżu szlaku i znajduję wkrótce mały lasek na wzniesieniu i w pobliżu N.S. del Poyo. Jest tu również niewielki kościółek. W ciągłym deszczu rozbijam w tym lasku i tak już mokry namiot i stwierdzam, że prawie wszystko mam już mokre. Tylko teraz cała "zabawa" polega na walce o te mniej mokre miejsca i rzeczy.
W końcu po godzinie 16.00 udaje mi się. Siedzę w namiocie i kropię kroplami przekrwione oko. Pod względem pogody to był najbrzydszy dzień jak do tej pory. Nie uzyskałem dzisiaj żadnej nowej pieczątki. Dobrze, że z moimi stopami i nogami nie jest najgorzej. Choć przecież one też czują trudy dzisiejszego dnia.
Myślę o cierpieniu. Wierzę, że wszystkie te bóle i zwątpienia są jak moje grzechy, które muszę nieść, aby się z nich oczyścić. Ból znaczy życie, a ja nie chcę wegetować tylko żyć. Żyć prawdziwie... Tak wieloma nieważnymi sprawami żyję na co dzień, a tu na Camino z każdym dniem widzę to wyraźniej. Co jest w życiu ważne, a co nie...
Zastanawiam się też czy uda mi się szczęśliwie dojść do Santiago de Compostela na 4 lipca, który to dzień wyznaczyłem sobie jako ostatni przed zaplanowanym powrotem do Polski. Z moich obliczeń wynika, że musiałbym dobre 4 dni nadgonić - przyspieszyć wędrówkę, pokonując po około 40km dziennie. Czy dam radę? ... Spróbuję od jutra... Dziś przeszedłem około 24km.
Postanowienie na dziś: od jutra iść dłużej, jak się tylko da i organizm pozwoli. Proszę Boże daj mi siły...
Dzień 10 (Niedziela 13.06.2010):
To dzień długiej drogi. Wstałem o godzinie 7.00, a o 8.00 gotowy ruszyłem z powrotem na szlak. Jeszcze rano nie wiedziałem, że cały dzisiejszy dzień wisieć mi będą nad głową ciemne ołowiane chmury, ale obędzie się bez deszczu.
Na śniadanie udałem się do miejscowości Viana, by później opuścić prowincję Navarra i powitać miejscowość Logrono. I w tym mieście znów dostrzegam znajome twarze pielgrzymów, których poznałem na swoim Camino - tym razem dwie młode Francuzki i dwóch Niemców - ojca z synem. Oni wędrują bez namiotów, a więc od schroniska do schroniska. Szybko dowiaduję się, że w Logrono chcą się zatrzymać na dłużej (w tym na nocleg). W Logrono spędzam odpoczywając około pół godziny. Wiedząc jaki szmat drogi mnie dziś czeka, wkrótce żegnam się ze znajomymi pielgrzymami i postanawiam iść dalej.
| źródełko wody pitnej w Logrono |
| widok na jezioro Plantano de La Grajera |
W barach w miejscowościach Navarette i Ventosa zatrzymuję się na krótkie posiłki i zauważam, że większość zgromadzonych w barach ludzi ogląda mecz, który leci z ekranu umieszczonych tam telewizorów. Więc zaczęły się mistrzostwa świata w piłce nożnej w RPA - myślę... Polska drużyna odpadła. Ciekawe jak poradzi sobie reprezentacja Hiszpanii? Przed TV w barze nie spędzam jednak zbyt dużo czasu. Wyruszam w dalszą drogę i cieszę się, że mogę wciąż dalej iść.
| bycza makieta górująca nad miejscowością Navarette |
| mój mały namiot obok innego większego na polu namiotowym El Ruede w miejscowości Najera |
Dzień 11 (Poniedziałek 14.06.2010):
Budzę się i wstaję tuż po godzinie 6.00, słysząc że na polu campingowym budzą się już inne "ranne ptaszki". Z nieba kropiło deszczem. Udałem się więc zaraz po przebudzeniu do campingowej łazienki: ogoliłem się, umyłem zęby i ... wróciłem z powrotem do namiotu jeszcze się zdrzemnąć. Po 8.00 kolejna dzisiejszego dnia pobudka, a po 9.00 ruszyłem już spakowany do baru w Najerze na śniadanie. Dwie kanapki z serem i dodatkami, dwa pączki na deser i kawa na ten pochmurny i deszczowy dzień. A jednak tym razem mi smakowała. Potem jeszcze zakupy wody na drogę w miejscowym markecie i po 10.00 ruszyłem w dalszą drogę.
Po godzinie wędrówki w częściowo błotnistym w deszczu szlaku dotarłem do miejscowości Azofra, a dalej trzeba było iść aż prawie 2 godziny przez niezaludnione tereny, aby dojść do miejscowości Ciruena. W międzyczasie - mniej więcej na środku tego urokliwego odludzia - dostrzegam w oddali rozłożony na polach w pochmurny dzień parasol przeciwsłoneczny! W pobliżu niego nie ma żadnej żywej duszy! Gdy już doszedłem do owego parasolu, tuż pod nim zauważyłem skrzynkę z pełnymi puszkami wody mineralnej, coca-coli oraz z puszką na pieniądze i cennikiem. Nie skorzystałem z owego oryginalnego sklepiku bez sprzedawcy, ale pomyślałem że lokalizację dla takiej działalności ktoś wymyślił mądrze. W dość daleko oddalonym od zabudowań miejscu, w upalne dni z pewnością ten sklepik przynosi wytchnienie wielu pielgrzymom, dając im możliwość zaopatrzenia się w coś do picia. Ja miałem jeszcze świeży zapas wody przy sobie i zawitałem tam w pochmurny i deszczowy dzień, więc niech sklepik poczeka na spragnionych.
Dobre pół godziny drogi dalej spotkałem przy drodze symbol pielgrzymiego dramatu: porzucony but z dziurawą podeszwą. To się nazywa tragedia pielgrzyma. Patrzę na moje buty i myślę, że dobrze trafiłem z ich wyborem, bo jak dotąd zgodnie mi służą. Podziękowania Najwyższemu za wybór dobrych butów, które są najbardziej narażonym na zniszczenie elementem długiej miesięcznej wędrówki pieszej. Gdyby coś im się stało, wędrowałbym dalej w sandałach, których jak dotąd rzadziej używam.
| pozostawiony but z dziurawą podeszwą - symbol pielgrzymiego dramatu |
Odpoczywając w Ciruenie znów wyrzucam sobie w myślach to, czy aby nie gonię w swej wędrówce zbyt szybko do przodu? Dobrze jest się zatrzymać, tak jak teraz na pół godziny w Ciruenie, i chłonąć to wszystko wokół, co pozostaje zazwyczaj nie zauważone jeśli wpatrujemy się tylko w to co przed nami. Po dotarciu do miejscowości Santo Domingo de Calzada robię więc sobie kolejną półgodzinną przerwę w wędrówce, która koniec końców przedłuża się do półtoragodzinnej.
Najpierw odwiedzam katedrę, w której dostrzegam słynne kury, tzn. kurę i koguta. W przewodnikach jest cała legenda z nimi związana. Później zwiedzam miasto. Dostrzegam, że kury królują tu na witrynach sklepowych jako ozdoby i pamiątki. Na planie kurzego miasta dostrzegam przystanek autobusowy. Gdyby nie to, że nagle nad miastem zrobiło się ciemno od niskich i deszczowych ołowianych chmur, zimno od wzmagającego się wiatru (mam już na sobie trzy warstwy odzieży), to dawno już by mnie tu nie było. I ta powracająca myśl o przystanku autobusowym, kusząca żeby z niego skorzystać i podjechać w taką nieprzyjemną pogodę do Belorado - następnej dużej miejscowości na Camino. Oj kusi, mnie kusi, żeby to zrobić. Zachodzę więc na ten przystanek, czekam by sprawdzić, czy faktycznie coś stąd w kierunku Belorado odjeżdża, ale autobus w tamtym kierunku, mimo planu w rozkładzie jazdy, się nie pojawia. Czekam 15 minut od planowanej godziny odjazdu i już wiem, że niepojawienie się autobusu to znak, żeby nie odpuszczać pieszej wędrówce. Kusiło mnie bardzo to ułatwienie sobie drogi dla wygody (w zmęczeniu i niekorzystnej pogodzie). Ale przecież nie jestem tutaj dla wygód! Nie jestem tutaj dla gonitwy, wyścigu z czasem, ze sobą, czy innymi! W zmęczeniu zapomniałem o tym i prawie skusiłem na to, aby przerwać swoje Camino i skrócić je tylko dla własnej wygody. Przecież nie mam żadnego poważnego uszczerbku na zdrowiu, by rezygnować! Poczułem się jak zdrajca, który uległ pokusie. Jak zwykle byłem dla siebie zbyt surowy, bo przecież w ostatniej chwili zrezygnowałem z przejażdżki autobusem. Mimo wszystko nie czułem się z tym dobrze, ale wewnątrz cieszyłem się bardzo, że nie czekałem na przystanku dłużej, bo wędrując dalej widziałem przejeżdżający obok mnie autobus do Belorado.
Dalsza wędrówka ciągnęła się wzdłuż drogi szybkiego ruchu samochodowego N-120. Nie lubię tych odcinków Camino, kiedy wędrując nie słyszę swoich myśli, tylko odgłos przejeżdżających obok samochodów. Nie dość, że po godzinie 16.00 mój plecak w odczuciu stawał się cięższy niż w pierwszej połowie dnia, to jeszcze te monotonne drogi i moje coraz bardziej mozolne tempo. Już wcześniej zauważyłem, że Camino biegnie czasem obok autostrad, oddzielone od nich drucianą siatką na której pielgrzymi umieszczają krzyże zrobione ze skrzyżowanych przydrożnych patyków. W ryku śmigających aut brakuje mi Ciszy, tak bardzo tu pożądanej.
Poza patyczanymi krzyżami, innym często spotykanym na Camino symbolem są kamienne kopczyki stawiane również przez pielgrzymów. Po mozolnej wędrówce w końcu docieram do miejscowości Granon, gdzie zatrzymuję się w barze na tym razem krótszą chwilę. Czas przeznaczony na odpoczynek i jedzenie wykorzystuję również na spojrzenie na mapę i na zastanowienie się nad lokalizacją dzisiejszego noclegu. Zaraz za Granon udaję się w kierunku miejscowości Redecilla del Camino, tuż przed którą rozbijam w lesie namiot. Przeszedłem dziś około 33 kilometry, za które jestem wdzięczny.
| baza noclegowa w lesie przed Redecilla del Camino |
Dzień 12 (Wtorek 15.06.2010):
Obudziłem się po godzinie 6.00, ale zimna i deszczowa pogoda sprawiła, że za żadne skarby nie chciałem wyjść z ciepłego śpiwora. I tak obudziłem się po drzemce ponownie dopiero o godzinie 10.30, a spakowany i gotowy do dalszej drogi byłem około godzinę później. W międzyczasie deszcz to zasiekał, to przestawał. W końcu zebrałem się i wyruszyłem ubrany w ponczo w poszukiwaniu śniadania do Redecilli. Tam jednak było tylko albergue, i choć z widniejącym przed wejściem napisem BAR, to uprzejma Pani wyjaśniła mi, że bar jest nieczynny i nici ze śniadania w tym miejscu. Ruszyłem więc głodny dalej do pobliskiej miejscowości Castildelgado. Tam jeden pielgrzym poinformował mnie z kolei, że jest restauracja (bar) w tej miejscowości, ale jej nie poleca. Zostało mi więc wziąć dalej nogi za pas i ruszyć do miejscowości Viloria de la Rioja. Tutaj spotkała mnie w końcu miła niespodzianka dzisiejszego dnia: trafiłem do albergue donativo (czyli co łaska) i wstąpiłem na drobny poczęstunek i na kawę. Wrzuciłem do puszki drobne z portfela i poczułem się lżej. Co prawda nie mogłem kupić tu nic do jedzenia, ale przytulna atmosfera sprawiła, że czułem się wśród tutejszych pielgrzymów i gospodarzy wspaniale. Polecam to miejsce. Nazywa się Acacio y Orietta i jest prywatnym schroniskiem na 12 miejsc z klimatem prawdziwego Camino, gdzie można zapomnieć o reszcie świata.
Na coś porządnego do jedzenia wybrałem się więc dalej, do Villamayor del Rio. Oczywiście z moim dzisiejszym "szczęściem" odkryłem, że i tam nie ma żadnego baru. Była tylko wykwintna restauracja o nazwie LEON. Pomyślałem: trudno, dalej bez porządnego jedzenia tułać się nie zamierzam. Restauracja wygląda na drogą i wcale nie nastawioną na pielgrzymów, ale zobaczyłem przed wejściem dwójkę pielgrzymów opuszczających to miejsce, więc skoro pielgrzymi tam byli, to i ja wstąpię. Od razu po wejściu przywitano mnie w ten sposób, że głośnym tonem kazano mi na dzień dobry opuścić to miejsce, ponieważ jak się dowiedziałem nie wolno wchodzić do restauracji z bagażem. Głodny i zły wyszedłem więc na zewnątrz z nadzieją odnalezienia przechowalni dla mojego plecaka, ale takowej nie było. Po krótkiej chwili zastanowienia, postanowiłem zostawić swój plecak przed wejściem, zabezpieczając go odpowiednio przed kradzieżą. Zaczęło mi się tu nie podobać, ale głód robił swoje, więc nie odpuszczałem. Po drugim wejściu do restauracji już bez plecaka, obsługa przywitała mnie bardziej przychylnym wzrokiem i po chwili rozmowy odkryłem, że nie znają angielskiego. Rozmawiają tylko po hiszpańsku, a ja swoje rozmówki polsko-hiszpańskie zostawiłem na dnie plecaka, który dopiero co zostawiłem przed restauracją i kierowany kolejną barierą w drodze do upragnionego jedzenia, postanowiłem nie wychodzić po raz drugi z lokalu i porozumieć się z jego obsługą uniwersalnym językiem - intuicyjno-migowym. W końcu dostałem kartę dań - oczywiście w języku hiszpańskim i kierując się dźwięcznie brzmiącą, ale nic mi nie mówiącą nazwą i niewygórowaną (jak na tą restaurację) ceną 8,50€, przystępną jeszcze i na moją pielgrzymią kieszeń, wybrałem upragnione "coś do zjedzenia". Dostałem małą buteleczkę wody i kilkanaście plasterków jakiejś wędliny. Proponowali mi coś jeszcze po 15€, ale aż na tyle nie było mnie stać. Czekałem długo z pustym (poza plasterkami) talerzem na swoje zamówione danie. I czego się doczekałem? Moja cierpliwość ma swoje granice, a przebywałem w tej restauracji już dobre pół godziny. Doczekałem się więc jednej bułeczki do tych plasterków wędliny! Mój głód potęgował złość! Zjadłem więc szybko to co dostałem na talerzu i ulotniłem się stąd jak najszybciej. Pasowałem tu jak wół do karety. Rzecz jasna ja byłem wołem! Po wyjściu pomyślałem jedno: nigdy więcej wykwintnych restauracji na camino. Może to przez moją upartość i wzajemne niezrozumienie się z obsługą, ale miejsca tego nie polecam, ponieważ jest ono bardziej nastawione na kierowców pobliskiej szosy N-120, zatrzymujących się tam na posiłki w drodze. Wyszedłem więc dalej w drogę trochę zły na siebie, a następne na Camino miasto - Belorado - przywitało mnie deszczem. Też mi nowość dzisiaj! Odpoczywam tam chwilę i idę dalej. Na rogatkach Belorado kupuję jeszcze dwa croissanty na stacji benzynowej. Taki dziś dzień, że o jedzenie niełatwo.
| źródełko pitnej wody i kościół w Tosantos - jedyne zdjęcie zrobione dzisiejszego deszczowego dnia |
W Espinosie przysiadam jeszcze koło źródełka pitnej wody, obok którego jest jej zlewnia, w której pływają złote, srebrne i czerwone rybki! Jak miło :) W złote rybki nie wierzę, ale gdy je zobaczyłem, to pomyślałem o życzeniach. Trzech krótkich, ale jakże dla mnie ważnych: coś na M, coś na P i coś na S... A złotą rybką uczyniłem Najwyższego - i tylko w Opatrzności Bożej niech to się wszystko przydarzy, bo przecież tylko On jest dla mnie Drogą, Prawdą i Życiem...
Odpocząłem i poszedłem dalej do Villafranca Montes de Oca. Tam kolejna krótka przerwa na kolację z dodatkiem suszonych śliwek kalifornijskich, a potem ostro pod górę - jak wiedzie Camino - na Alto Mojapan, gdzie w lesie po około 30 kilometrach dzisiejszej wędrówki rozbijam namiot. Góry i lasy - to lubię. Zaczynam powoli tęsknić za rozmową z drugim człowiekiem po polsku. To już prawie dwa tygodnie jak nie słyszałem swojego ojczystego języka. Zasypiam z podziękowaniami za ten niełatwy dzień, ale i z zastanowieniem co Camino jeszcze przyniesie... Czy spotkam na Nim kogoś rozmawiającego po polsku? Tymczasem w tym względzie pozostaje mi pamiętnik, sms-y do bliskich i rozmowa z Panem. Wszystko po polsku...
Dzień 13 (Środa 16.06.2010):
Dzień postoju. Właściwie miałem wyruszyć dalej, ale od rana to leje, to siąpi deszcz. I tak wciąż na zmianę. Pomyślałem, że może uda mi się ruszyć w południe (jak wczoraj), ale po godzinie 15.00 deszcz wciąż nie przestawał padać, a nawet uderzał kroplami o namiot jakby z większą niż rano siłą. Dostałem sms-a z Polski z wiadomością, że wg prognoz pogodowych ma być w moim rejonie spokojnie, bo przez kilka dni mają to być opady tylko przelotne, ale prognozy są często błędne, i tak jest tym razem, bo tu leje bez przerwy od kilku godzin i jest zimno. Postanawiam więc już nigdzie się dzisiaj nie ruszać.
Cieszę się, że miałem przy sobie zapasy pożywienia i wody do picia. Zacząłem też wcinać ostatnią porcję rodzynków - zabraną jeszcze z Polski.
Spędzenie praktycznie całego dnia i dwóch nocy w namiocie troszkę mnie przytłoczyło. Ale stało się też takim katalizatorem do wyruszenia w podróż w głąb siebie i nie była to podróż z gatunku tych przyjemnych. Czuję się taki poddany... Wierzę jednak, że poprzez takie sytuacje Pan daje mi sposobność do nauczenia się Pokory. Proszę Go aby dodał mi też Siły...
Teraz widzę jak świat na Camino jest inny od mojego codziennego świata. Tu nie ma tego sposobu myślenia, kontroli, posiadania, przewidywania... Tu radością jest suchy skrawek namiotu, gdy leje kilka godzin (jak dziś), lub deszcz, gdy żar leje z nieba... Tu cieszysz się, że zjesz skromny posiłek, napijesz się wody, znajdziesz nocleg, spotkasz uśmiech na twarzy zmęczonych, ale szczęśliwych Siłą Pana pielgrzymów... Tu cieszysz się, że po prostu idziesz... Zmęczony... Nic więcej... Nie masz nic poza tym co nosisz w sobie... Reszta ma drugorzędne znaczenie... Siła i Pokora... Od Niego pochodzą...
Czy wcześniej miałem okazję dostrzec i cieszyć się choćby po prostu z tego, że idę? Przebieram jedną nogą, a potem drugą... Nie gdzieś, nie po co coś, lecz tak po prostu, bez powodu... Byłem ślepy... Nie umiałem cieszyć się z przejścia dla samego przejścia...
Zauważyłem też jak bardzo często używam słowa "muszę". Musisz nauczyć się czekać - powiedziałem do siebie leżąc już prawie 10 godzin w namiocie odbijającym krople wciąż intensywnie napierającego deszczu. Nie! Ja chcę nauczyć się czekać, a wcale nie muszę! To taka wielka różnica. W Miłości nie ma "muszę"... Życie, tak jak pogoda, nie jest przewidywalne (no może tylko do pewnego stopnia), a ja chcę (nie muszę) uczyć się życia...
Przestało padać dopiero tuż po godzinie 18.00. Wciąż jednak było pochmurno, mokro i zimno. Pomyślałem o tym, abym się nie przeziębił i przetrwał tu kolejną noc. I żeby jutro nie padało, a nawet jeśli, to chcę stąd ruszyć dalej. Proszę Boga, aby pozwolił mi jutro iść dalej...
Dzień 14 (Czwartek 17.06.2010):
Wstaję tuż po godzinie 7.00 i już wiem, że dzisiaj w końcu idę dalej. Jak zwykle około godziny zajmują mi wszystkie poranne czynności (włącznie z finałowym złożeniem namiotu i zapakowaniem wszystkiego do plecaka). Po 8.00 wyruszam więc na szlak. Camino wiedzie tu lasami. Z nieba przestało lać, a tylko od czasu do czasu kropi deszcz. Po drodze mijam dwóch starszych Francuzów. Jeden z nich okazuje zainteresowanie moim przeciwdeszczowym ponczo, które ma na materiale „w plecach” specjalne poszerzenie na zakrycie przed deszczem również noszonego plecaka. Francuz tłumaczy mi, że jego ponczo jest do niczego – przemaka. Reklamuję więc swoje ponczo jako dobre, ale nie rewelacyjne (ma kilka mankamentów), i dowiaduję się że w niedalekim Burgos Francuz chce nabyć nowe ponczo i wypytuje się innych o to co warto kupić. Trochę się śmiejemy z tego, że ja mam tanie i proste ponczo znanej francuskiej firmy, o której on nigdy nie słyszał. Wkrótce przestaje padać i nawet wychodzi zza chmur słońce. Zdejmuję więc mokre ponczo i niosę je na wierzchu plecaka, który spełnia przy słonecznej pogodzie rolę suszarki do wilgotnej i mokrej odzieży.
W miejscowości St. Juan de Ortega zatrzymuję się na pierwszy dziś posiłek w miejscowym barze, w którym spotykam znów większe grono pielgrzymów. Wspólne śniadania z nieznajomymi sobie ludźmi z różnych stron świata, których łączy Droga sprawiają, że czuję się tu bardzo dobrze i na właściwym miejscu. Właściwy kierunek trzeba jednak odkrywać samemu, bo mimo odczuwalnej jedności z innymi pielgrzymami, każdy jest przecież inny, ma swoją niepowtarzalną historię, którą niesie tu ze sobą jak plecak – bagaż pełen dobrych i złych życiowych doświadczeń i zawirowań. Żaden człowiek nie wskaże Ci tej najwłaściwszej Drogi, bo nikt nie zna tak dobrze Ciebie na obecnym etapie życia jak Ty sam. Największa radość to radość z zaufania Drodze, na której odkryć można tak wiele...
| na deptaku w Burgos |
Gdzieś w okolicy miejscowości Cardenuela mija mnie mknąca karetka pogotowia, która wyraźnie skręca z ulicy na polną drogę, którą biegnie Camino. Myślę, że nie daj Boże coś się komuś z pielgrzymów idących za mną przytrafiło? Widziałem już cierpienie pielgrzymów na Camino, zdążyłem już przeżyć tu swoje. Widziałem też już kilka krzyży upamiętniających zmarłych na Camino pielgrzymów. Boże daj mi Siłę i zdrowie dojść do końca, bo wiem, że niestety nie każdemu to jest dane...
| moje pierwsze spojrzenie na katedrę w Burgos |
| katedra w Burgos |
| moje ostatnie spojrzenie na katedrę w Burgos |
Na dobranoc dziękuję za piękny dzień. Przeszedłem około 44km (!) i sam sobie nie wierzę, że aż tyle. Sprawdzam to na mapie kilkakrotnie. Wczorajszy dzień postoju wzmocnił moje siły. W dodatku towarzyszyło mi dziś nie palące słońce. Oby tak dalej...
Dzień 15 (Piątek 18.06.2010):
Wstaję około 7.30 i z uśmiechem zauważam, że świeci słońce :) Po spakowaniu się około 8.30 ruszam do pobliskiego Rabe de las Calzados i uzupełniam tam braki wody. Cieszę się, że idę! :)
| urzekający bezkres Camino biegnącego przez Mesetę |
| Camino wśród łąk Mesety |
| mój plecak gdzieś na postoju pośrodku Mesety |
| miejscowość Hontanas |
| ruiny San Anton |
| miejscowość Castrojeriz i wzniesienie z górującymi nad nią ruinami zamku |
| Colegiata de La Virgen del Manzano w miejscowości Castrojeriz |
| widoki ze wzniesienia Alto Mostelares i nadciągające ciemne chmury |
| widok na wielką równinę przy zejściu z Alto Mostelares |
| w tym miejscu każdy pielgrzym przystaje choćby na chwilę |
| chmurzy się coraz bardziej |
| most Puente Itero na rzece Pisuerga |
Dzień 16 (Sobota 19.06.2010):
Wstaję zmęczony dopiero około godziny 9.00. Czuję, że mam za sobą dwa dni dość wielu kilometrów w nogach, toteż dziś postanawiam nie szaleć w tym względzie. Zresztą nie mam na to siły. Tuż przed 10.00 zjawiam się w barze w miejscowości Itero de La Vega i zamawiam cztery bułki z serem na śniadanie. Każda po 1 €. Po śniadaniu korzystam jeszcze z umiejscowionego tu dostępu do Internetu (20 min = 1 €). Dostrzegam dziś sporo pielgrzymów, co na trasie do Boadilli del Camino jest w stosunku do wczorajszego dnia znaczącym urozmaiceniem. Ponad głową słońce świeci dziś w pełnej krasie, a chmurek na błękitnym niebie niewiele. W nocy nie padało i nawet namiot zdążył wyschnąć.
| piękny, gorący i żmudny odcinek przez Tierra de Campos |
| chwila wytchnienia w cieniu drzew tuż za Boadilla del Camino |
| śluza na Canal de Castilla tuż przed miejscowością Fromista |
| camino wzdłuż szosy do Poblacion de Campos |
| z pierzastymi barankami ponad głową |
Za Poblacion de Campos udaję się wzdłuż rzeki Ucieza do miejscowości Villovieco, gdzie przysiadam na krótki odpoczynek na niewielkim moście (gdzie jest od rzeki chłodniej) i zapisuję kolejne kartki notatnika. Po ich zapisaniu idę dalej wzdłuż rzeki. Po chwili ze zdumieniem odkrywam, że po krótkim czasie Camino skręca do miejscowości Villarmentero de Campos zamiast iść zgodnie z mapą do Ermita Virgen del Rio. To już druga nieścisłość mapy dzisiejszego dnia, bowiem w Poblacion przeczytałem na opisie informacyjnym szlaku, że główne Camino wiedzie wzdłuż szosy przez miejscowość Revenga de Campos i omija Villovieco. No cóż - myślę - albo nastąpiły zmiany szlaku, albo John Brierley - autor mapy z 2009 roku, której używam - się pomylił. Myślę, że to pierwsze.
W Villalcazar de Sirga zatrzymuję się na kolejny odpoczynek. Jabłko i pomarańcza smakują w taki upał wyjątkowo smacznie i soczyście. Tym bardziej, że przede mną kolejny asfaltowy odcinek camino. Po godzinie żmudnego dreptania wzdłuż szosy, docieram w końcu do największej miejscowości dzisiejszego dnia - Carrion de Los Condes - gdzie widząc kolejne restauracje i bary uświadamiam sobie fakt, że w życiu nie byłem w takiej ilości barów, jak ma to miejsce podczas camino :) Wstępuję tu również do kościoła Santa Maria, gdzie oglądam niezwykle dużą i piękną ruchomą szopkę przedstawiającą właściwie całe Betlejem razem z górującym nad nim pejzażem nocnego nieba. Płatność za obejrzenie tego niezwykłego przedstawienia - donativo (co łaska). Do tego przygrywa hipnotyzująca melodia z organów :) Po prostu pięknie!
Po przedstawieniu zabieram się za poszukiwania campingu w Carrion. Znajduję go niedaleko centrum miasta. Płacę 7,70 €, i w takiej cenie po tygodniu przerwy mam luksusy w postaci cywilizowanego noclegu, gorącego prysznica i wykoszonego równego trawiastego podłoża :) Ze szczęścia nawet ładnie "umeblowałem" w środku namiot i zrobiłem zdjęcie jego wnętrza. Powinno nosić tytuł: "mini zestaw pielgrzyma" :)
| mini zestaw pielgrzyma :) |
cdn...

Witam - bardzo proszę pisać caminowe wspomnienia, bo czekam z wielkim zainteresowaniem. Dziękuję za dzielenie się spostrzeżeniami. Sama wybieram się w przyszłym roku w drogę, więc każde zdanie o trasie do Santiago bardzo mnie ciekawi. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Cieszę się, że ktoś w ogóle czyta tą stronę i wędruje wraz z opisem razem ze mną. A zostało tej wędrówki i opisu jeszcze sporo... Będę sięgał do notesu i do zdjęć, i pisał... I życzę Pani już dziś 'Buen Camino'. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńProszę zerknąć na raczej nieznaną ciekawostkę. Mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła, gdyż od chwili, gdy dowiedziałam się o camino Jakubowym, to logo zaczęło mnie intrygować. Dzięki za pozdrowienia i oczywiście Buen Camino
OdpowiedzUsuńhttp://www.shell.pl/home/content/pol/aboutshell/who_we_are/history/history_logo/
Dziękuję za historię logo Shell - nie wiedziałem o tym, choć pamiętam, że przed Camino śmiałem się ze znajomymi, że wyruszam w Drogę szlakiem muszelek Shell :) A tu proszę: wyszło, że jednak można tak to nazwać :) Powodzenia w przygotowaniach do tej niezwykłej Drogi.
OdpowiedzUsuńCzytam próbując Cię zrozumieć. Napisałem abyś wiedział, że nie tylko ...czytam.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Próbowanie zrozumienia mnie na podstawie zamieszczonego tu opisu Camino może okazać się trudne, a nawet awykonalne. Po pierwsze dlatego, że nie wszystko chcę tu opisać (Camino to coś znaczenie więcej), po drugie - nie mam "lekkości pióra", a po trzecie - nawet nie staram się, aby każdy czytelnik mnie rozumiał, bo wracam do tych wspomnień przede wszystkim dla siebie. Pomimo wielu zbieżności, każde Camino jest inne, tak jak każdy indywidualny człowiek. Są również różne motywy, które przyciągają do wyruszenia w Drogę... Także biorąc to wszystko pod uwagę, może być ciężko komuś mnie zrozumieć... Sam siebie w pewnych kwestiach nie rozumiem, a też i nie wszystko ogarniam umysłem... Dziękuję za ten krótki, acz treściwy wpis.
OdpowiedzUsuńWitam. Przez przypadek weszłam na Pana stronę szukając informacji o szlaku św. Jakuba. Już od pierwszego zdania Pana zapisków nie umiałam się oderwać i przeczytałam wszystko pełna podziwu dla Pana. Czekam na dalszą część. Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję że kiedyś w swoim życiu również wybiorę się w tą Drogę...
OdpowiedzUsuńŻyczę tego Pani i podziwiam za to, że miała Pani siłę przeczytać wszystkie moje dotychczasowe wspomnienia. Camino ma moc przyciągania. Mnie również do siebie przyciągnęło :) Proszę się uzbroić w cierpliwość :)
OdpowiedzUsuńI ja mając 59lat przeczytałam z wielkim zainteresowaniem i sentymentem opisy i refleksje z drogi Obecnie moja córka Małgosia wędruje szlakiem jakubowym.Narazie 28 maja b.r.dotarła do Najera.Chciałabym,żeby udało się jej osiągnąć końcowy cel.Wspieram ją gorąco swym matczynym sercem i powierzam Bogu w modlitwie.Panuŧeż życzę wszystkiego najlepszego i cieszę się,że istnieją ludzie,dzięki którym można przeżyć wzruszające chwile.Pozdrawiam bardzo serdecznie Anna z Łodzi.
OdpowiedzUsuńPani Aniu, bardzo dziękuję. Szlak Jakubowy może stać się prawdziwym, pięknym, ale i przez to niełatwym pretekstem do wyruszenia wgłąb siebie, do swojego (czasem przesłoniętego codziennością i przeszłością) Serca. I nie kończy się tylko na wyznaczonym żółtymi muszelkami i strzałkami szlaku, ale trwać może również po jego przejściu. I wierzę, że Pani córka wróci szczęśliwie, aby w codziennym życiu odkrywać owoce Camino i dzielić się nimi z najbliższymi. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńdo trzech razy sztuka ..., małe przemeblowanie i teraz już można :D
OdpowiedzUsuńPodczytuję Romanie od wczoraj Twoją relację z Camino i zastanawiam się co Cię zainspirowało do tej wędrówki życia. Mam pytanie – czy czytałeś może książkę Hape Kerkeling’a – „Na szlaku do Composteli. Najważniejsza droga mojego życia” ?
Tak, już można komentować. Chyba jakiś chochlik komputerowy sprawił, że przez jakiś czas takiej możliwości nie było. O wspomnianej książce słyszałem, natomiast czytałem inną, która była moją książkową inspiracją. Pisałem o niej pod tym linkiem: http://czas-jak-rzeka.blogspot.com/2009/09/nie-idz-tam-czowieku.html Co mnie zainspirowało do wędrówki do Santiago de Compostela? Spotkani ludzie, którzy się tam wybierali. Do tego trzeba dodać moją niespokojną duszę i zamiłowanie do wędrówek. Po dziewięciu miesiącach od poczucia, że chcę tam iść, poszedłem. Największą inspiracją w działaniu jest dla mnie Miłość. Po prostu.
OdpowiedzUsuńRozumiem :), to bardzo piękne co piszesz … Polecam przeczytać też tą Kerkeling’a. Będziesz mógł wiele rzeczy skonfrontować. Czyta się świetnie. Ja zaś chętnie poszukam i przeczytam tą o której piszesz.
OdpowiedzUsuńDzięki Romku za te interesujące reminiscencje z Drogi. Przypadkowa znalazłem się na tej stronie, przygotowując się do swojej pielgrzymki szlakiem portugalskim. Z niecierpliwością czekamy na ciąg dalszy.
OdpowiedzUsuńMyślę, że przyjmiesz zaproszenie na coroczne spotkanie caminowiczów, które wiosną tego roku odbędzie się tym razem w Lubaniu.
Buen camino.