Przypomniałem sobie dziś te chwile ze swojego życia, kiedy było ono zagrożone. Było ich kilka. Zawsze dziwnie się po nich czułem. Jakby ktoś zabrał mi w jednej chwili przeszłość, albo przynajmniej zaprogramował tak skutecznie, żebym do niej nie wracał. Jednocześnie ten ktoś redukował w jednej chwili w mojej głowie przyszłość: moje plany, cele, marzenia... One nadal we mnie tkwiły, ale nie goniłem za nimi już tak jak przed każdym momentem zagrożenia życia. Liczyła się chwila, ten moment, że jestem, że myślę, że oddycham, że patrzę, że słucham, że chodzę, że cieszę się promieniami słońca na twarzy, że mogę czytać książki, rozmawiać z bliskimi mi osobami, pisać te słowa...
Nie wiem jak wyrazić to, że cieszę się, że jestem tu i teraz. Jakby przepełniało mnie wielkie uczucie miłości, wewnętrznej radości, a wszystko to co na świecie i we mnie było złe, zatruwało mnie i moje myśli od środka, oddaliło się ode mnie... Jest poza mną... I cieszę się tymi chwilami, bo za jakiś czas one znów się oddalą w wirze codziennego życia. I wróci dawny Romek pełen wewnętrznej walki z tym wszystkim na co się w codziennym życiu nie zgadza. To jest jak porównywanie czasu jaki spędzam w okolicznościach przyrody, który mnie uspokaja, z czasem jaki spędzam w cywilizacji, mieście, pracy, gdy czasem poddaję się bodźcom codzienności, które mnie nierzadko drażnią...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz